eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2011

Fetyszem Eugenii był skrót dr med przez nazwiskiem i tak też wyobrażała rodzinę, w którą w przyszłości wżeni się syn. Miała być to rodzina koniecznie z tradycjami lekarskimi, inteligencka, dystyngowana, za pan brat z sawuarwiwrem i z kolekcją Kossaków. (Miało to nastąpić naturalnie dopiero wtedy, gdy Wacuś skończy studia, obroni dyplom, znajdzie dobrą pracę i w ogóle ogarnie się życiowo.).
Niestety niezbadane są wyroki studenckich chuci i tak teść Wacusia okazał się być skromnym architektem, niezbyt zamożnym, z nienadzwyczajną ilością zasług dla miasta, a także całej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Słabe.

Eugenia w ogóle nie lubiła, by otaczał ją byle kto, by było byle jak i niezbogiem. Sama Eugenia była bardzo niebylejaka, gdyż dysponowała herbem szlacheckim, tytułem hrabiowskim, fortepianem z dziewiętnastego wieku oraz przychylnym wejrzeniem Najwyższego. Przynajmniej tego pozłacanego w osiedlowej parafii. Miała także doktorat honoriskauza z manier i wszelkiej etykiety.

Niestety odkąd Wacuś poczynił pierwsze kroki na drodze do samodzielności spotykały ją same afronty. Wybranka serca – Bożenka niedostatecznie wdzięcznie dygała po spożyciu sarniny, nosiła sztruksowe dzwony oraz, o zgrozo, nie była córką doktora Religi. Jakby tego było mało – nie pytając o zgodę ZASZŁA!
Tego było za wiele! Nie tak sobie Eugenia wyobrażała wypadki miłosne Wacusia. Miała być eteryczna dziewica w sukience z kołnierzykiem zdobnym w haft ryszelie, inteligentna, lecz niekoniecznie dająca temu wyraz (a więc: inteligentnie milcząca), bogobojna i z takiej rodziny, by nie było mowy o mezaliansie. Miał być swat-chirurg, najlepiej kardio, Matejko na ścianie, skrzyżowane szabelki i przynależność do kulturalnej śmietanki miasta. Wreszcie – miało być po bożemu: najpierw ślub, najlepiej w garnizonowym, wystawne i bardzo ąę wesele, a potem dwoje, maksimum troje wnucząt, taki rozsądny kompromis pomiędzy naukami kościoła a oświeceniem ludzi wykształconych.  

A tu wszystko nie tak.

Na spotkaniu zapoznawczym z rodzicami Bożenki, Eugenia wyraziła wolę wyskrobania owocu miłości Wacusia i Bożenki (w tym czasie pozłacany Najwyższy z parafii osiedlowej gwizdał i udawał, że na chwilę ogłuchł, gdyż było jasne, że Eugenia miała swoje racje). Przyszli swaci, gdy już im wróciła mowa, odpowiedzieli wstrząśnięci i z godnością, że nigdykurwawżyciu.
Eugenia zadecydowała, że nie pozna nigdy Małgorzaty, już na etapie jej (Małgorzaty) życia płodowego. Bo tak. Bo miało być inaczej. Nie tak miało być. Miało kurwa być inaczej.
Nie stawiła się również na ślubie Wacusia i brzemiennej Bożenki, a gdy małżeństwo zaistniało robiła wszystko, by istnieć przestało. Co w przypadku dwójki trochę ponad dwudziestolatków nie było takie trudne.

Żeby tak naprawdę wiernie oddać osobę Eugenii należałoby, prócz przytoczenia jej ewidentnych bezeceństw, opowiedzieć kilka anegdot z późniejszego współżycia z drugą, docelową rodziną Wacława. Na przykład tego, jak strofowała swą jedyną, choć patrząc na rzecz od strony biologii przecież jedną z dwóch, wnuczkę, by nie mówiła głośno, że pies, wróciwszy z przechadzki w dżdżystej aurze, śmierdzi, bo to NIEELEGANCKO.
Nie żartuję.

Gdy wyziewała ducha, a trwało to trochę i Małgorzata wiedziała o okolicznościach, dla wielu, było więcej niż pewne, że zapragnie pojednania. Pokaja się. Przyzna do błędu. W końcu jej własna matka była na nią swego czasu śmiertelnie obrażona, że nigdy nie zapragnęła zobaczyć pierworodnej Wacusia.
Ale nie. Ni chuja. Strzykała jadem na katafalku do końca. Obrzucała inwektywami wszystkich, którzy się nawinęli. Nikt nie był godny odprowadzać jej przed oblicze Pana. Wszyscy ją zawiedli, nie byli jej godni, nie wpisali się w jej wyobrażenie bóg-honor-ojczyzna-wratislawiacantans.


I, kurwa, wiecie co?

Kiedy już Eugenia gryzła glebę, wyszły na jaw różne FAKTY.

Okazało się na ten przykład, że to pozłacanie na rodowych filiżankach z herbem to zwykły tombak był, i że osiedlowy chrystusik widział już niejedno krwawiąc za miljony, a także, że rozczarowania, jakich jej dostarczali wszyscy wokół, to małe miki w porównaniu z bagienkiem własnym.

 

Ale o tym napiszę, jak już uleczę zakwasy na brzuchu po całodziennym rechocie.

Salon odzieży używanej na Orzeszkowej prowadzony jest przez nieprzeciętnego buca. Interesem zdaje się zarządzać jego małżonka, pani o looku podstarzałego piczona, ale rzadko bywa na sklepie. Zaszczyt pakowania szmat do zrywek oraz informowania, że nic nikomu nie będzie odkładane, przypada bucowi. Buc jest bucem gdyż albowiem jest on w kurwę niesympatyczny. Manifestuje w ten sposób, że se pozwolę na drobną psychoanalizę, niezadowolenie z zaistniałego stanu rzeczy, czemu trudno się dziwić, istnieją  bowiem rozmaite profesje, w których może odnaleźć się mężczyzna, jednak jak by na sprawę nie patrzeć, ekspedient w lumpeksie raczej się na liście tych profesji nie plasuje. Niemniej skoro tam stoi za tą ladą od wielu lat i upycha wybrane przez klientelę dobra do zrywek, znaczy to, że biznes się opyla i nie ma co płakać oraz obrażać się na świat. Cel uświęca środki, nieprawdaż.
Gdyby nie fakt, że kupuję tam Marcelonowi wyśmienite firmówki za bezcen, moja noga nie postałaby w świątyni buca ever-again. Łażę tam czasem, czuję niesmak, ale łażę. A także zdarzy mi się upuścić jadu po wyjściu. Dziś okazało się, że jad ma swojego pilnego odbiorcę. Słuchacza wiernego z małą pluskiewką, nagrywającą mamunię najpilniej w momentach werbalnej niepoprawności.

Pojawiliśmy się w salonie odzieży z drugiej ręki, znęceni szyldem, jakoby buc pozbywał się asortymentu i chciał za wszystko pół dotychczasowej ceny. Ponieważ hasło: wyprzedaż działa na mnie równie nęcąco, jak możliwość relaksacyjnego nastukania się przed ulubionym serialem, niewiele myśląc parkuję furę przed rzeczonym lokalem w nadziei ubrania dziecka w same marksyispensery, haemy, neksty oraz dżordże.
Grzebię, grzebię, równolegle grzebią inne łowczynie lumpeksowych uniesień, buc łypie zza lady, jest swojsko.
- Mamooooooo? – odzywa się głośno Główny Powód mojego bycia tu, a nie gdzie indziej i celuje palcem w buca – dlaczego nie lubisz tego pana?
Cisza. Współgrzebiący cichoczą. Marceli ma bardzo poważne oczy. Oczekuje odpowiedzi. Uczciwej. Tu i teraz. Mamooooo. Chrząkam.
- Ciężko powiedzieć, że nie lubię kogoś, kogo w ogóle nie znam, wiesz? Mogę powiedzieć, że nie lubię na przykład…
- Przecież tak mówiłaś. Mówiłaś, że nie lubisz tego pana.
Chichot zza wieszaków. Mina Marcelego Fr. żądająca dogłębnej analizy stosunków z panem bucem.
Biorę kamizelkę i spodnie i jak gdyby nigdy nic kładę bucowi przed nosem. Buc kasuje i mamrocze kwotę. Marcelowi urywa się wątek, na rzecz wątku
a kupisz mi lizaka?

Przy zapiekance relacjonuję żenuę małżonkowi.
- Ani słowa więcej przy nim na temat naszych matek – mówi K. krótko.

No.

Niepalenie fajek i nieużywanie chińskiego czosnku na nic. W ogóle cała profilaktyka antynowotworowa poszła się, delikatnie ważąc słowa, jebać. Nocny wyziew z patelni zrobił swoje. Był jak czterdzieści główek czosnku uprawy naszych skośnookich braci zjedzonych na raz, jak dwa litry substancji smolistych wlanych radośnie do płuc, jak podgrzanie w mikroweli strawy w plastikowym naczyniu z chińskiego granulatu.

A wszystkiemu winny programator sensoryczny oraz Irena.
Nasza nadzwyczajna kuchnia indukcyjna nie ma kurków tylko sensory. Pik-pik wrzyj. Pik-pik delikatnie podgotuj. Pik-pik trzymaj ciepło do powrotu pana. Tak se nią pikam i bardzo to lubię. Ale, jak wszystko, co z pozoru zajebiste, ma też swoje wady. Na przykład trzeba zawsze pamiętać o zablokowaniu kuchennej klawiatury, w przeciwnym razie spacerująca po blatach Irenka uruchomi płytę swym ślicznym różowym opuszkiem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W szczerej nocy obudziło mnie elektroniczne napierdalando dochodzące z kuchni. Śpimy przy otwartych drzwiach ze względu na lamenty Ireny pod niedajbóg zamkniętą dla niej komnatą. Otworzyłam oczy i NIE ujrzałam śpiącego obok K. NIE ujrzałam również pościeli, że nie wspomnę o reszcie utensyliów sypialnianych nieco bardziej oddalonych od mego aparatu percepcji wzrokowej.
Możnaby rzec, że szara mgła, która spowiła wszystkie sprzęty dała efekt całkiem baśniowy. Mało tego, zmysł węchu  podpowiedział, że jest to zła baśń, taka w której ginie przynamniej jeden dobry bohater, i to na dodatek w czasie snu. 
Zszedłszy z łóżka wtopiłam się w szarość. Macając kanty i krawędzie podążyłam ku kuchni. Zobaczyłam tam jeszcze większą szarość. Napierdalando nie ustawało. Włączyłam światło i ujrzałam bulgocący kawałek CZEGOŚ na patelni, na której jeszcze kilka godzin temu smażyłam świeżego dorsza. Dzięki w miarę zachowanemu zarysowi CZEGOŚ, rozpoznałam weń kuchenne szczypce, którymi zwykłam przekładać rybę, mięso i kotleciki na drugą stronę. Szczypce, niegdyś szare, aktualnie czarne bulgotały i wydzielały kubiki gryzącego nozdrza dymu.
- Ja pierdolę! – wykrzyknęłam z właściwą sobie subtelnością, i rzuciłam się do okna.
(W międzyczasie warto nadmienić, że kładłam się spać z koszmarnym przeziębieniem i spanie przy otwartym oknie średnio wchodziło w rachubę, jednak okazało się, że jest nieodzowne.)

Szarość zeszła, ale smrodu NIE DA SIĘ usunąć z chaty, wżarł się w nasz dom, jak soki nieboszczyka nazbyt długo zalegającego na panelach. Czuję, że wyziew jest dużo bardziej toksyczny niż wagony fajek wypalone swego czasu za szkolnym winklem. Nie wiem co dalej robić, droga Gosiu.   

Czy jestem kobietą zazdrosną. Hm. Chyba nie mam czasu. Generalnie jestem, ale raczej biernie. Uprawiać czynną zazdrość to byłby luksus. A ja z luksusów to tak: odkorkowuję wino punkt dziewiętnasta, bujam się na RARze i czuję się zajebiście ell-dekorasją, oglądam przygody Hanka Moody’ego jak już mi przetłumaczą (z idiomów jestem cienka jak kisiel), ale żeby posiadać luksus nadmiaru czasu to nie. Nie bardzo.

Skąd taka konstatacja, ano stąd, że.
Małżonek rozpoczyna w sobotę wykłady na uczelni naszej rodzimej i tak jakoś nieswojo mi. Bo te cipy dwudziestoletnie, wiecie. Nie żebym miała na chacie jakiego Brada Pita, nie? No ale poleciałam na chłopa, a jestem w sumie nienajgorsza dupa (choć aktualnie tłusta). Poleciałam i błagałam o jeszcze.
(Pamiętam ten moment, kiedy pokapowałam się, że to już jest chyba kochanie, po kolejnej nocy w domu ze wspaniałym widokiem z okna, jechałam tramwajem linii sześć do niego do pracy, oddać mu klucze i miałam w słuchawkach Playground Love z Przekleństw niewinności i jakoś tak czułam, że ściska mnie w dołku, a żołądka to już prawie nie mam i że chciałabym mu napisać różne straszliwe wyznania obligujące i nie do cofnięcia, ale pomyślałam zaraz, że nie ma chuja we wsi, nic nie napiszę, bo będę jak ta łania we wnyku, w oczekiwaniu na śmierć, no, może metafora o śmierci zbyt daleko idąca ale wiecie o co chodzi)
No i tak sobie myślę, że co jeśli którąś ze swoich studentek K. urządzi podobnie? Zupełnie mimochodem. Przecież to durne dwudziestolatki, a na dodatek takie nowej generacji, pokroju Mii Gross, bawiące się w fucking and punching , bez litości dla żon i dziatek, och, jak ja tych młodocianych suk nienawidzę, nic mi jeszcze nie zrobiły, ale nienawidzę szmat jak najgorszej zarazy.

Czy nie mam zaufania do własnego męża. Ależ!  Pewnie, że mam.
Nie mam zaufania do okoliczności rozmaitych. A okoliczności bywają naprawdę rozmaite.

Póki co mam na chawirze ogień w małoletnich uszach. Uwypuklone bębenki  i czerwono. Po raz trzeci w ciągu dwóch miesięcy. Chcąc zaoszczędzić ledwo nabyte śladowe ilości własnej flory bakteryjnej, które działały było-nie było aż sześć tygodni podjęłam decyzję o podaniu nie-antybio, tylko czegoś co może zadziałać, ale nie musi. Ale to chyba głupie było z mojej strony, o czym już jutro się dowiem.  

Cała drżę.
Na walentyny kupujemy se kultowego RARa. K. mnie, a ja jemu. Takie walentynkowe sześć-dziewięć. Wypadałoby jakieś koronki, co? Jakieś błyskotki, parfumę? Kajdanki z futerkiem? A my tylko krzesło i krzesło. Ziew. No ale tak to z nami jest, dziadami.

Życie popierdala mi ostatnio w zawrotnym tempie. Niedziela-niedziela-niedziela. Najszybciej zlatuje do niedzieli. Weekend jak mrugnięcie powieką i znów niedzielny wieczór, najchujowszy moment w tygodniu. Ale Marcel jest zdrowy. I ja już nic więcej nie chcę. (Tylko RARa!)

Ja chyba jednak trochę jestem pracoholiczką. Taką rzekłabym kokieteryjną bardziej. Kryguję się znaczy. W ciągu dnia pracy pocę się i mam czterdzieści kresek. Chuj mię szczela i przeżywam dramat niezdążenia z niczym. A potem dziecię w kimę, mąż, winko, iitv a ja pyk co tam w poczcie służbowej. Czy młynek Joseph Joseph dotarł na czas? Czy będzie publikacja? Czy czterdzieści kresek miałam na darmo?

To nie tak, że praca to mój konik. Nie-nie-nie. Nie wiem, nie chcę nikogo obrażać, ale zawsze czuję coś w rodzaju politowania, gdy wiem, że dla kogoś praca stanowi trzon życia. To bezbrzeżnie smutne. Nie, że trzeba mieć rodzinę, dzieci. Nic nie trzeba. Ale, żeby praca była niezbędna do samorealizacji to nie, przynajmniej nie w moim przypadku. Pracuję, bo żeby żyć i utrzymać dom potrzebuję pieniędzy, niby truizm, ale czy ja wiem czy dla wszystkich. A jak pracuję to nie odpierdalam maniany, czyli staram się. Plus lubię swoją pracę, bo grzebię w bliskich mi tematach. Ale pasje i wzruszenia to ja mam gdzie indziej. I gdyby tak szóstka w totka to ten. (Ale nie gram w totka.)

Dziś wypuściłam się na randkę z synem. Poszliśmy do Grubego na tortillę. Chryste, ale teraz waniam frytami. Ale fajnie było. Coraz bardziej przepadam za nim, tym moim Marcelonem. Kocham to wiadomo, od nasikania na patyk. Ale nie zawsze lubiłam spędzać z nim czas, tak bardzo jak teraz. Rośnie z niego kawał fajnego chłopa. Miałam moment zawahania, czy dobrze robię to, tamto, ale ostatnio wszystko się prostuje i coraz śmielej myślę – chyba nam wyszło to dziecko. Chyba dobrze sobie zaprojektowaliśmy to istnienie.

Poza tym za sprawą jednego pana mamy nowy wkręt serialowy, nie to żeby taka iluminacja jak w przypadku Californication, ale skutecznie rozluźnia jak już się nakryje kołderką Misia Srysia, wstawi zmywarkę, sprawdzi pocztę, wymyśli co jutro podać na stół i ogarnie kwadrat.
(I czy jestem jebnięta, czy Bundy jest naprawdę hot?)


  • RSS