Cała drżę.
Na walentyny kupujemy se kultowego RARa. K. mnie, a ja jemu. Takie walentynkowe sześć-dziewięć. Wypadałoby jakieś koronki, co? Jakieś błyskotki, parfumę? Kajdanki z futerkiem? A my tylko krzesło i krzesło. Ziew. No ale tak to z nami jest, dziadami.

Życie popierdala mi ostatnio w zawrotnym tempie. Niedziela-niedziela-niedziela. Najszybciej zlatuje do niedzieli. Weekend jak mrugnięcie powieką i znów niedzielny wieczór, najchujowszy moment w tygodniu. Ale Marcel jest zdrowy. I ja już nic więcej nie chcę. (Tylko RARa!)

Ja chyba jednak trochę jestem pracoholiczką. Taką rzekłabym kokieteryjną bardziej. Kryguję się znaczy. W ciągu dnia pracy pocę się i mam czterdzieści kresek. Chuj mię szczela i przeżywam dramat niezdążenia z niczym. A potem dziecię w kimę, mąż, winko, iitv a ja pyk co tam w poczcie służbowej. Czy młynek Joseph Joseph dotarł na czas? Czy będzie publikacja? Czy czterdzieści kresek miałam na darmo?

To nie tak, że praca to mój konik. Nie-nie-nie. Nie wiem, nie chcę nikogo obrażać, ale zawsze czuję coś w rodzaju politowania, gdy wiem, że dla kogoś praca stanowi trzon życia. To bezbrzeżnie smutne. Nie, że trzeba mieć rodzinę, dzieci. Nic nie trzeba. Ale, żeby praca była niezbędna do samorealizacji to nie, przynajmniej nie w moim przypadku. Pracuję, bo żeby żyć i utrzymać dom potrzebuję pieniędzy, niby truizm, ale czy ja wiem czy dla wszystkich. A jak pracuję to nie odpierdalam maniany, czyli staram się. Plus lubię swoją pracę, bo grzebię w bliskich mi tematach. Ale pasje i wzruszenia to ja mam gdzie indziej. I gdyby tak szóstka w totka to ten. (Ale nie gram w totka.)

Dziś wypuściłam się na randkę z synem. Poszliśmy do Grubego na tortillę. Chryste, ale teraz waniam frytami. Ale fajnie było. Coraz bardziej przepadam za nim, tym moim Marcelonem. Kocham to wiadomo, od nasikania na patyk. Ale nie zawsze lubiłam spędzać z nim czas, tak bardzo jak teraz. Rośnie z niego kawał fajnego chłopa. Miałam moment zawahania, czy dobrze robię to, tamto, ale ostatnio wszystko się prostuje i coraz śmielej myślę – chyba nam wyszło to dziecko. Chyba dobrze sobie zaprojektowaliśmy to istnienie.

Poza tym za sprawą jednego pana mamy nowy wkręt serialowy, nie to żeby taka iluminacja jak w przypadku Californication, ale skutecznie rozluźnia jak już się nakryje kołderką Misia Srysia, wstawi zmywarkę, sprawdzi pocztę, wymyśli co jutro podać na stół i ogarnie kwadrat.
(I czy jestem jebnięta, czy Bundy jest naprawdę hot?)