Czy jestem kobietą zazdrosną. Hm. Chyba nie mam czasu. Generalnie jestem, ale raczej biernie. Uprawiać czynną zazdrość to byłby luksus. A ja z luksusów to tak: odkorkowuję wino punkt dziewiętnasta, bujam się na RARze i czuję się zajebiście ell-dekorasją, oglądam przygody Hanka Moody’ego jak już mi przetłumaczą (z idiomów jestem cienka jak kisiel), ale żeby posiadać luksus nadmiaru czasu to nie. Nie bardzo.

Skąd taka konstatacja, ano stąd, że.
Małżonek rozpoczyna w sobotę wykłady na uczelni naszej rodzimej i tak jakoś nieswojo mi. Bo te cipy dwudziestoletnie, wiecie. Nie żebym miała na chacie jakiego Brada Pita, nie? No ale poleciałam na chłopa, a jestem w sumie nienajgorsza dupa (choć aktualnie tłusta). Poleciałam i błagałam o jeszcze.
(Pamiętam ten moment, kiedy pokapowałam się, że to już jest chyba kochanie, po kolejnej nocy w domu ze wspaniałym widokiem z okna, jechałam tramwajem linii sześć do niego do pracy, oddać mu klucze i miałam w słuchawkach Playground Love z Przekleństw niewinności i jakoś tak czułam, że ściska mnie w dołku, a żołądka to już prawie nie mam i że chciałabym mu napisać różne straszliwe wyznania obligujące i nie do cofnięcia, ale pomyślałam zaraz, że nie ma chuja we wsi, nic nie napiszę, bo będę jak ta łania we wnyku, w oczekiwaniu na śmierć, no, może metafora o śmierci zbyt daleko idąca ale wiecie o co chodzi)
No i tak sobie myślę, że co jeśli którąś ze swoich studentek K. urządzi podobnie? Zupełnie mimochodem. Przecież to durne dwudziestolatki, a na dodatek takie nowej generacji, pokroju Mii Gross, bawiące się w fucking and punching , bez litości dla żon i dziatek, och, jak ja tych młodocianych suk nienawidzę, nic mi jeszcze nie zrobiły, ale nienawidzę szmat jak najgorszej zarazy.

Czy nie mam zaufania do własnego męża. Ależ!  Pewnie, że mam.
Nie mam zaufania do okoliczności rozmaitych. A okoliczności bywają naprawdę rozmaite.

Póki co mam na chawirze ogień w małoletnich uszach. Uwypuklone bębenki  i czerwono. Po raz trzeci w ciągu dwóch miesięcy. Chcąc zaoszczędzić ledwo nabyte śladowe ilości własnej flory bakteryjnej, które działały było-nie było aż sześć tygodni podjęłam decyzję o podaniu nie-antybio, tylko czegoś co może zadziałać, ale nie musi. Ale to chyba głupie było z mojej strony, o czym już jutro się dowiem.