Niepalenie fajek i nieużywanie chińskiego czosnku na nic. W ogóle cała profilaktyka antynowotworowa poszła się, delikatnie ważąc słowa, jebać. Nocny wyziew z patelni zrobił swoje. Był jak czterdzieści główek czosnku uprawy naszych skośnookich braci zjedzonych na raz, jak dwa litry substancji smolistych wlanych radośnie do płuc, jak podgrzanie w mikroweli strawy w plastikowym naczyniu z chińskiego granulatu.

A wszystkiemu winny programator sensoryczny oraz Irena.
Nasza nadzwyczajna kuchnia indukcyjna nie ma kurków tylko sensory. Pik-pik wrzyj. Pik-pik delikatnie podgotuj. Pik-pik trzymaj ciepło do powrotu pana. Tak se nią pikam i bardzo to lubię. Ale, jak wszystko, co z pozoru zajebiste, ma też swoje wady. Na przykład trzeba zawsze pamiętać o zablokowaniu kuchennej klawiatury, w przeciwnym razie spacerująca po blatach Irenka uruchomi płytę swym ślicznym różowym opuszkiem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W szczerej nocy obudziło mnie elektroniczne napierdalando dochodzące z kuchni. Śpimy przy otwartych drzwiach ze względu na lamenty Ireny pod niedajbóg zamkniętą dla niej komnatą. Otworzyłam oczy i NIE ujrzałam śpiącego obok K. NIE ujrzałam również pościeli, że nie wspomnę o reszcie utensyliów sypialnianych nieco bardziej oddalonych od mego aparatu percepcji wzrokowej.
Możnaby rzec, że szara mgła, która spowiła wszystkie sprzęty dała efekt całkiem baśniowy. Mało tego, zmysł węchu  podpowiedział, że jest to zła baśń, taka w której ginie przynamniej jeden dobry bohater, i to na dodatek w czasie snu. 
Zszedłszy z łóżka wtopiłam się w szarość. Macając kanty i krawędzie podążyłam ku kuchni. Zobaczyłam tam jeszcze większą szarość. Napierdalando nie ustawało. Włączyłam światło i ujrzałam bulgocący kawałek CZEGOŚ na patelni, na której jeszcze kilka godzin temu smażyłam świeżego dorsza. Dzięki w miarę zachowanemu zarysowi CZEGOŚ, rozpoznałam weń kuchenne szczypce, którymi zwykłam przekładać rybę, mięso i kotleciki na drugą stronę. Szczypce, niegdyś szare, aktualnie czarne bulgotały i wydzielały kubiki gryzącego nozdrza dymu.
- Ja pierdolę! – wykrzyknęłam z właściwą sobie subtelnością, i rzuciłam się do okna.
(W międzyczasie warto nadmienić, że kładłam się spać z koszmarnym przeziębieniem i spanie przy otwartym oknie średnio wchodziło w rachubę, jednak okazało się, że jest nieodzowne.)

Szarość zeszła, ale smrodu NIE DA SIĘ usunąć z chaty, wżarł się w nasz dom, jak soki nieboszczyka nazbyt długo zalegającego na panelach. Czuję, że wyziew jest dużo bardziej toksyczny niż wagony fajek wypalone swego czasu za szkolnym winklem. Nie wiem co dalej robić, droga Gosiu.