eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2011

Adnotacja przy ostatniej recepcie na substancję antyprogenituralną brzmiała definitywnie i ostatecznie. Oznaczało to ni mniej ni więcej, iż w najbliższym czasie należy okazać komu trzeba swój aparat maciczno-waginalny, celem stwierdzenia, iż aparat ów jest wciąż pierwszej klasy i że można bez szkody dlań kontynuować działanie anty.
Doktor B. znany w okolicy piewca piękna aparatów, swoim starym zwyczajem z entuzjazmem opowiadał mi co czuje, co widzi, co wprawia go w niekłamany zachwyt (modelowe przodozgięcie, pięknie obkurczona macica, wspaniale wycofane jajniki, idealnie zrośnięta rana po cięciu, fenomenalne drogi rodne, doskonale przygotowane do kolejnej ciąży – takie peany może usłyszeć każda dysponująca wyżej wymienionym aparatem).
Doktor B. nie jest prorodzinnym wariatem, na co mogłyby wskazywać wyszczególnione powyżej komplementa. On po prosto wie, co jest w życiu ważne. I bez trudu odczytuje podświadomy głód rozrodu w oczach badanej.
- Dwadzieścia dziewięć widzę? – zagaja po wnikliwej ocenie sytuacji zastanej pod spódnicą w patynowane róże.
- Tak – przyznaję jakby niechętnie – dwa dni temu.
- Poród z dwa tysiące siódmego.
- Zgadza się.
- Planuje pani ponownie?… Pytam w kontekście pani niezadowolenia z substancji anty. Nie wiem na ile jest sens przewracać dotychczasowy, że tak powiem, porządek rzeczy i wprowadzać coś nowego?
- Hmm. Nie mam w planach raczej.
- Ale nie ma pani w planach w ogóle? Czy nie ma pani w planach w ciągu najbliższych dwóch lat, czy może roku?

Hmm.
Hmmm.

Póki co piję wino. Ze swoją dziewczyną (dziewczyna ma na imię Dell i jesteśmy razem od mniej więcej roku). Może w kontekście powyższych tyrad wypadałoby wypić wino ze swoim chłopakiem, ale chłopak zaczytany i burkliwy.
Może wyczuł, że ktoś mu rzeźbi wokół jąder?

Marcelon zalicza trzeci tydzień na chacie. Najpierw go trzymałam, bo nie chciałam, by w przededniu odmigdalania przyniósł jaką francę, potem był szpital, a teraz gojenie błon bębenkowych, no i tak o.
Trochę mnie ów fakt uwiera, ale znowu bez przesady. Do każdej niedoli można się przyzwyczaić.
Ominęły mnie dwa fajne wydarzenia towarzyskie. Ale oj tam. Czymże to jest wobec dyskusji o antysemityzmie u Lisa Tomasza? Nawiasem mówiąc Lisu ze swoimi podrasowującymi dramatyzm emfazami wokalnymi to drugi, zaraz po Marcinie fuck-me-hard-dear-Sting Kydryńskim, onanista własnym stylem. Hej, czy to nie jego parodiowała ta prezenterka z Wojny Polsko Ruskiej?

Urodziny mam jutro ostatnie z dwójką na przedzie. Potem już tylko artretyzm i botoks. Dostałam awansem piękną damkę od męża. No i se jeżdżę. Trochę jeszcze pizga, zwłaszcza przed ósmą i zwłaszcza na Mostach, ale da się przeżyć. No i co no. Nie mam nawet kiedy i jak zrobić imprezy. A nawaliłabym się w doborowym towarzystwie, tak jak wtedy, cztery lata temu. Co to nie dostawałam jakoś tam okresu i zrobiłam test, ale wyszedł negatywnie, więc naprułam się jak szmata i bardzo chciałam sobie zapalić raz po raz, ale kompletnie mi nie szło to palenie i ja nie wiedziałam dlaczego tak się dzieje, ale sprawy były już przesądzone, wyrok zapadł i kolejny test (który jeszcze wtedy niczego nieświadom leżał pośród sióstr i braci w aptecznej szufladzie) miał temu dać wyraz.
To była ostatnia stuprocentowa impreza w moim życiu. A potem to już wiadomo. Imprezy z pełnym przerażenia popatrywaniem na tarczę zegara. W sensie, że za cztery godziny pobudka, a tyle promili do wyparowania. I że ogólnie słabo.
Ale czy tak naprawdę mnie to rusza? Tak naprawdę to niespecjalnie.

Ruszają mnie tematy następujące – co sobie kupić za bon do Reserved, otrzymany od ojca awansem i dlaczego starczy mi tego bonu tylko na granatowe espadryle, dlaczego jestem taką zajebiście powściągliwą damą i nie umiem się odważyć się w stylu Hanka Moodiego, by pomścić zasrane nadodrzańskie wały, oraz, to chyba najbardziej, co jutro powie pani dochtór na temat marcelowych uszu. Nie przyjmuję innej opcji niż poniedziałkowy wypad do przedszkola. Jeśli zamilknę na dłużej niż zwykle, oznacza to, że usłyszałam coś innego i zamknęłam się w sobie.

Dolnośląskie Centrum Laryngologii mówi bez ogródek – wywalić trzeciego, podciąć dwa pozostałe, drenaż uszu. Taka przyjemność, drodzy rodzice, którzy wszystko zrobicie dla swoich słitaśnych perełek, nieprawdaż, trzy dwieście. Myślę sobie: spoko. Trochę w pizdu kasy, trochę niemało, ale nasza Perełka, wiadomo. Na co teść, że on zna specjalistę zajebistej klasy, który nam ciachnie te nasze ekstrasy na enefzet. I poza kolejką, a kolejki, wiadomo, wielomiesięczne. Tyle, że tam, u nich, nie tu, u nas.
No to my, że wchodzimy w to.

We wtorek śmy po pracy przyjechali na wizytę. Tak koło dwudziestej była wizyta, no bo nie u nas, a u nich. Miałam nieśmiałą nadzieję, że rzecz odbędzie się możliwie nazajutrz. Specjalista zajebistej klasy na to, że zaprasza w czwartek rano na czczo na badania, a w piątek tną. No to śmy wrócili, instalując uprzednio Juniora u teściów. W środę pozarabiałam trochę na ten cały cyrk i ruszyłam pociągiem z powrotem, a potem przyszedł czwartek. W czwartek pobierają krew, upuszczają mocz, robią kilka wywiadów i dają do podpisania papier, wzbogacający histeryczną mamunię o takie trudne treści, że jakoby każda interwencja chirurgiczna była ryzykiem i że w razie wu ma mamunia nie drzeć pyska, bo bywa różnie. Drga mi powieka, ale co no. Całość procedury trwa siedem godzin. Siedem godzin z dzieckiem na plastikowych krzesełkach w korytarzu. No nic.
W międzyczasie dowiadujemy się, że nie załapiemy się z zabiegiem na piątek, gdyż albowiem.
Okej. Instaluję Juniora u teściów i wracam do Miasta, by przez cały piątek zarabiać na ten cały cyrk. Do Misia-Zdzisia jedziemy z K. w sobotę. W niedzielę gdy K. odjeżdża, by nazajutrz zarabiać na cały ten cyrk, dopada mnie psychiczna sraczka. W nocy sraczka zalepia mi całą głowę. Punkt siódma w poniedziałek meldujemy się na oddziale. Misio dostaje draga, ma silny odlot, za chwilę jest na bloku operacyjnym. Staję pod drzwiami z mlecznego szkła, a chwilę później słyszę – TO DZIECKO MA TRZYDZIEŚCI OSIEM.
I już wiem, że po zawodach. No i co no. Kiblujemy.

Najbardziej mnie mierzi bezproduktywność. A już bezproduktywne siedzenie w szpitalu, czyli miejscu, gdzie czas płynie koszmarnie wolno, gdzie zawsze ktoś śpi i trzeba być cicho (nawet będąc trzylatkiem) oraz gdzie niezależnie od okoliczności przyrody jest depresyjnie, chujowo i wrednie (siostrzyczki wywracające gałami co byś nie powiedział), mierzi po tysiąckroć.

Bezproduktywność jednak kończy się dla nas dnia następnego. Pierwsze chwile po zabiegu to nie powiedziałabym, że taki lajt. Krew, pot i łzy. Jego krew, moje te ostatnie. Ale mną się nie sugerujcie, ja nie jestem reprezentatywna. Może to jednak lajt, że po wybudzeniu z narkozy dziecko drze się za drzwiami bloku operacyjnego MAMOOOOOO, bo widzi same obce baby, albo, że wypluwa z siebie wielkie skrzepy krwi na poduszkę, bo ja wiem, ja się nie znam, ryczę na akord.
No ale już po. I jest naprawdę nieźle. Naoglądałam się tam co nieco i jestem bardzo dumna z całokształtu zachowania Marcelego. Nie wiem po kim jest taki dzielny, nie po mnie w każdym razie. Ja jestem wiecznie rozmazaną/podkurwioną neurotyczką ze ściskiem pośladków i mężem powtarzającym od lat, bym zbadała tarczycę.

Migdał jak armata
Znana jest mi data
Uszy niesłyszące
Terminy palące
Cóż, po gaciach sram
Taki defekt mam
Tożto rach i ciach
Na co ci ten strach?



Kiedy Anna zanurzyła kształtną wargę w pianie home-made latte, Małgorzata zastanawiała się po kim jej siostra dostała takie usta i dlaczego ona takich nie ma, dysponując w połowie jednakowym materiałem genetycznym. Annie nie zamykała się paszcza i trudno było nadążyć za jej wielowątkowymi narracjami. Bohaterowie byli dobrze znani Małgorzacie, narracja przebiegała wartko i przewidywalnie. Pomiędzy łykami kawy przewijały się opowieści o narkotykowym impasie ich kolegi z dzieciństwa, pobycie w psychiatryku innego, niespodziewanym wyznaniu miłości wieloletniego przyjaciela i powiernika sekretów Anny, romansie jej rówieśnicy z pięćdziesięciolatkiem, spotkaniach rodziny z siostrą przyrodnią Wacława…

Tu Małgorzata odstawiła kubek i zażądała zatrzymania akcji, gdyż dostrzegła bohatera, którego fabularne narodziny były jakby niejasne. Właściwie walić narodziny, sam bohater był niejasny, konotacje z pozostałymi były niejasne, wszystko, co wypływało z kształtnych ust Anny stało się jedną wielką niejasnością.
Jaka, kurwa, siostra ojca? – zapytała prostolinijnie Małgorzata i oto była świadkiem skomplikowanego procesu myślowego na twarzy jej siostry. Pierwsza myśl, niewypowiedziana wyglądała na: jak to jaka?, druga myśl niewypowiedziana to było zdaje się: to ty nic nie wiesz?!, trzecia myśli niewypowiedziana była stekiem najstraszliwszych bluzgów, których ładne usta Anny, naturalnie, nie uwolniły, gdyż szkoła etykiety Eugenii, odcisnęła na wnuczce wyraźne piętno.

W pierwszych słowach swego listu Anna nakazała Małgorzacie milczeć o tym, co zaraz usłyszy.
Małgorzata uderzyła się w pierś, lecz dwa najdłuższe paluchy u lewej stopy miała skrzyżowane, czego Anna naturalnie nie dostrzegła, gdyż po pierwsze Małgorzata miała na sobie grube zimowe rajstopy, po drugie – nawet kapcie, po trzecie zaś, kto by się, kurwa, gapił pod stół prowadząc przyjemną siostrzaną konwersację.
Po takim wstępie Anna stuliła usteczka w ciup i rzekła – no to teraz słuchaj.
Małgorzata zamieniła się w słuch.

Otóż, jak już nadmieniono, po zgonie Eugenii wyszły na jaw pewne FAKTY.

Na przykład to, że małżonek Eugenii, Bolesław, walił ją w rogi na całego, co w ogóle nie dziwi wziąwszy pod uwagę, jak dystyngowaną damę miał na chawirze. Jest bowiem wiele sytuacji życiowych, w których dystyngowanie jakoś specjalnie nie przeszkadza, najwyżej ubawia, do tych sytuacji jednak zdecydowanie nie należy pożycie płciowe. Jak drewnianą kochanką musiała swego czasu być Eugenia mogę sobie tylko wyobrazić. Czy na przykład taka szlachcianka dogadza mężczyźnie oralnie? Z pewnością. Tak więc Bolesław spełniał fantazję o głębokim gardle pozamałżeńsko. Najwyraźniej jednak gardło nie było jedynym miejscem, które spenetrował na boku ślubny Eugenii, gdyż, jak się okazało po latach, spłodził on, zuch chłopak, córę. Ów upokarzający dla Eugenii fakt stał się przyczyną rozwodu z puszczalskim Bolkiem, jednak myliłby się kto, myśląc, że na tym stanęło. Bolesław może nie umiał trzymać chuja na wodzy, ale miał rozmaite zalety, których peleton otwierała zaradność życiowa i zgromadzone dzięki niej dobra materialne (w tym rzecz jasna Kossaki, szabelki i dziewiętnastowieczny fortepian). A była małżonka nie dziedziczy, ot co. Żeby mieć stały wgląd w testament i żeby temu bękartowi  Bolka nie dostało się zbyt wiele, Eugenia postanowiła wrócić. Jednak formalnie pozostali rozwodnikami (tak, pozłacany chrystusiku, czas na ostentacyjne gwizdanie). Do końca nie pozwalała Bolesławowi na kontakty z córką, a przed synami trzymała jej istnienie w sekrecie. W sumie słusznie, bo kto by uwierzył w takie fopa pośród secesyjnej zastawy?

Wszystko się rypło niedawno. Nie wiem – Bolek wypił o setkę za dużo?

Wacek dowiedział się, że ma siostrę w wieku jego starszej córki i na chwilę oszalał.
Młodsza córka dowiedziała się i wypaplała starszej córce.
Starsza córka wykręciła numer swej matki, Bożeny, i opowiedziała co do joty. Ku pokrzepieniu serc.

Bożenka długo nie mogła zasnąć bo satysfakcja paliła ją w policzki.


  • RSS