Dolnośląskie Centrum Laryngologii mówi bez ogródek – wywalić trzeciego, podciąć dwa pozostałe, drenaż uszu. Taka przyjemność, drodzy rodzice, którzy wszystko zrobicie dla swoich słitaśnych perełek, nieprawdaż, trzy dwieście. Myślę sobie: spoko. Trochę w pizdu kasy, trochę niemało, ale nasza Perełka, wiadomo. Na co teść, że on zna specjalistę zajebistej klasy, który nam ciachnie te nasze ekstrasy na enefzet. I poza kolejką, a kolejki, wiadomo, wielomiesięczne. Tyle, że tam, u nich, nie tu, u nas.
No to my, że wchodzimy w to.

We wtorek śmy po pracy przyjechali na wizytę. Tak koło dwudziestej była wizyta, no bo nie u nas, a u nich. Miałam nieśmiałą nadzieję, że rzecz odbędzie się możliwie nazajutrz. Specjalista zajebistej klasy na to, że zaprasza w czwartek rano na czczo na badania, a w piątek tną. No to śmy wrócili, instalując uprzednio Juniora u teściów. W środę pozarabiałam trochę na ten cały cyrk i ruszyłam pociągiem z powrotem, a potem przyszedł czwartek. W czwartek pobierają krew, upuszczają mocz, robią kilka wywiadów i dają do podpisania papier, wzbogacający histeryczną mamunię o takie trudne treści, że jakoby każda interwencja chirurgiczna była ryzykiem i że w razie wu ma mamunia nie drzeć pyska, bo bywa różnie. Drga mi powieka, ale co no. Całość procedury trwa siedem godzin. Siedem godzin z dzieckiem na plastikowych krzesełkach w korytarzu. No nic.
W międzyczasie dowiadujemy się, że nie załapiemy się z zabiegiem na piątek, gdyż albowiem.
Okej. Instaluję Juniora u teściów i wracam do Miasta, by przez cały piątek zarabiać na ten cały cyrk. Do Misia-Zdzisia jedziemy z K. w sobotę. W niedzielę gdy K. odjeżdża, by nazajutrz zarabiać na cały ten cyrk, dopada mnie psychiczna sraczka. W nocy sraczka zalepia mi całą głowę. Punkt siódma w poniedziałek meldujemy się na oddziale. Misio dostaje draga, ma silny odlot, za chwilę jest na bloku operacyjnym. Staję pod drzwiami z mlecznego szkła, a chwilę później słyszę – TO DZIECKO MA TRZYDZIEŚCI OSIEM.
I już wiem, że po zawodach. No i co no. Kiblujemy.

Najbardziej mnie mierzi bezproduktywność. A już bezproduktywne siedzenie w szpitalu, czyli miejscu, gdzie czas płynie koszmarnie wolno, gdzie zawsze ktoś śpi i trzeba być cicho (nawet będąc trzylatkiem) oraz gdzie niezależnie od okoliczności przyrody jest depresyjnie, chujowo i wrednie (siostrzyczki wywracające gałami co byś nie powiedział), mierzi po tysiąckroć.

Bezproduktywność jednak kończy się dla nas dnia następnego. Pierwsze chwile po zabiegu to nie powiedziałabym, że taki lajt. Krew, pot i łzy. Jego krew, moje te ostatnie. Ale mną się nie sugerujcie, ja nie jestem reprezentatywna. Może to jednak lajt, że po wybudzeniu z narkozy dziecko drze się za drzwiami bloku operacyjnego MAMOOOOOO, bo widzi same obce baby, albo, że wypluwa z siebie wielkie skrzepy krwi na poduszkę, bo ja wiem, ja się nie znam, ryczę na akord.
No ale już po. I jest naprawdę nieźle. Naoglądałam się tam co nieco i jestem bardzo dumna z całokształtu zachowania Marcelego. Nie wiem po kim jest taki dzielny, nie po mnie w każdym razie. Ja jestem wiecznie rozmazaną/podkurwioną neurotyczką ze ściskiem pośladków i mężem powtarzającym od lat, bym zbadała tarczycę.