Adnotacja przy ostatniej recepcie na substancję antyprogenituralną brzmiała definitywnie i ostatecznie. Oznaczało to ni mniej ni więcej, iż w najbliższym czasie należy okazać komu trzeba swój aparat maciczno-waginalny, celem stwierdzenia, iż aparat ów jest wciąż pierwszej klasy i że można bez szkody dlań kontynuować działanie anty.
Doktor B. znany w okolicy piewca piękna aparatów, swoim starym zwyczajem z entuzjazmem opowiadał mi co czuje, co widzi, co wprawia go w niekłamany zachwyt (modelowe przodozgięcie, pięknie obkurczona macica, wspaniale wycofane jajniki, idealnie zrośnięta rana po cięciu, fenomenalne drogi rodne, doskonale przygotowane do kolejnej ciąży – takie peany może usłyszeć każda dysponująca wyżej wymienionym aparatem).
Doktor B. nie jest prorodzinnym wariatem, na co mogłyby wskazywać wyszczególnione powyżej komplementa. On po prosto wie, co jest w życiu ważne. I bez trudu odczytuje podświadomy głód rozrodu w oczach badanej.
- Dwadzieścia dziewięć widzę? – zagaja po wnikliwej ocenie sytuacji zastanej pod spódnicą w patynowane róże.
- Tak – przyznaję jakby niechętnie – dwa dni temu.
- Poród z dwa tysiące siódmego.
- Zgadza się.
- Planuje pani ponownie?… Pytam w kontekście pani niezadowolenia z substancji anty. Nie wiem na ile jest sens przewracać dotychczasowy, że tak powiem, porządek rzeczy i wprowadzać coś nowego?
- Hmm. Nie mam w planach raczej.
- Ale nie ma pani w planach w ogóle? Czy nie ma pani w planach w ciągu najbliższych dwóch lat, czy może roku?

Hmm.
Hmmm.

Póki co piję wino. Ze swoją dziewczyną (dziewczyna ma na imię Dell i jesteśmy razem od mniej więcej roku). Może w kontekście powyższych tyrad wypadałoby wypić wino ze swoim chłopakiem, ale chłopak zaczytany i burkliwy.
Może wyczuł, że ktoś mu rzeźbi wokół jąder?