eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2011

- To co? Będziecie koło drugiej, tak? – Druga Żona Wacława zaćwierkała w ucho Małgorzacie – nie macie nic przeciwko, że zapraszamy też dziadka?
- Skąd! – rzuciła lekko Małgorzata, dekodując „dziadka” jako Bola, współuczestnika pewnej żenującej maskarady oraz nic nie wartego, zakłamanego żywota, skrytego za pozorami filiżanek Rosenthala i antycznego fortepianu oraz osiedlowych ran chrystusowych.

- Niech tylko, kurwa, nie nawijają Młodemu makaronu na uszy, że cześć to jest twój pradziadek i takie tam śmieci, niech kurwa tego nie robią, bo, przysięgam będzie kwas na wielkanocnym obiadku – Małgorzata wyraziła swe obawy prowadzącemu pojazd małżonkowi.
Małżonek wyraził wsparcie, zapewniając, że w analogicznej sytuacji również nie baczyłby na konwenanse w postaci lukrowanych baranków pomiędzy misą z jajami skąpanymi w majonezowej brei a wazonem z bazią i zadymił nie gorzej. W to akurat Małgorzata nie śmiała wątpić.

Pojawiwszy się na salonach Wacława Małgorzata tradycyjnie zniknęła w kuchni z Drugą Żoną. Tworząc najlepszą sałatkę obiadową ever (sałata lodowa+ rokpol+ świeży czosnek+ prażony  słonecznik) wyłożyła Drugiej Żonie swe obawy.
- Beata, słuchaj, ja nie chcę ci psuć obiadu, ale wiesz, jak zacznie się świrowanie pod tytułem: skarbie, jestem twoim pradziadkiem, to po prostu rozwali mi łeb i będę musiała coś powiedzieć, a to co powiem, że nakręci pozytywnej atmosfery, sama rozumiesz…
Druga Żona Wacława rozumiała lepiej, niż się Małgorzacie wydawało.

Jeszcze chwila i…
Przydreptał Bolo.
Ot, dziad. Stary, schorowany. Utykał. Gdyby nie był sobą mógłby wezbrać w Małgorzacie falę współczucia i czułości. No ale cudów nie ma.
Usiedli. Małgorzata przywitała się uprzejmie i chłodno. Widziała kątem oka, że Bolek liczył na więcej.
Obiad był doskonały, jak zawsze u Drugiej Żony. Masło, trzydziestoprocentowa kremówka i oliwa – oto jej sekret. Niezawoalowany tłuszcz to jedyna opcja dla prawdziwej kuchni.
Bolo taktownie milczał, co Małgorzata odnotowała z wielką ulgą. Dziękowała za każdy kęs indyka pozbawiony tembru jego starczego głosu. Bardzo nie chciała psuć jedynego świątecznego akcentu, jaki mieli mieć razem -ona, jej rodzina, Wacław i jego Druga Żona. Choć jak dla niej, oczywiście, z powodzeniem mogło tego akcentu zabraknąć.

Mąż Małgorzaty dyskutował z Drugą Żoną na tematy okołokulturalne.
Syn Małgorzaty olał klimat zasiadając w pokoju obok przed szklanym ekranem.
Siostra Małgorzaty, Anna, po wariacku przewracała gałkami ocznymi, osobliwie manifestując swoje wsparcie.
Współtwórca Małgorzaty, Wacław, nie wiedział gdzie się podziać.
Bolo, biologiczny dziad Małgorzaty, uparcie milczał.
Małgorzata, w swej przepastnej empatii i wrażliwości była o krok od pożałowania dziada.

Wtedy, gdzieś na stronie, pomiędzy talerzami po indyku, a półmiskiem w sernikiem i babą dowiedziała się kilku niewiarygodnych rzeczy. Ach, ta Druga Żona, nie lubiła dusić w sobie. Dowiedziała się na przykład, że w mniemaniu Bola, to ona, Małgorzata ponosi winę za brak kontaktu z dziadkami, którego wszakże nigdy nie szukała (szmata jedna). Dowiedziała się też, że Bolesław czuje się pokrzywdzony nie dostawszy zaproszenia na ślub Małgorzaty.
I takie tam inne wesołe wytwory starczej demencji.

-Ja pierdolę! Pojebało? – wyraziła Małgorzata pytanie retoryczne nie bacząc na wyjątkową etykietę tego wyjątkowego domu.

Etykieta domu milczała. Wacław wraz z zięciem pykał z trzymanego na tę okazję cygara i zapijał Chivasem. Drzwi balkonowe skutecznie odgradzały od absurdu. 

Kumpel K. z czasu rozpasania wszelkiego żeni się. W związku z powyższym zarządził kawalerskie w
aktualnie zainaugurowany weekend. A ponieważ nasze przytulne, rodzinne gniazdko ma swoją lepką przeszłość (mówię ci,  Ewunka, czego na tym stoliku nie było!), a przeszłość ta wiąże się między innymi z rzeczonym przyszłym szczęśliwym małżonkiem, chłopcy wymyślili sobie, że biba zacznie się właśnie tu. Nie, żeby K. był jedynym z TEJ ekipy uwikłanym w rodzinę, dzieci i takie tam ciężkie historie, skąd. Nie, żeby inni z TEJ ekipy byli nieuwikłani (wciąż), a więc jakby bardziej dyspozycyjni i, khem, pozbawieni zobowiązań związanych z, ależ. Nie dramatujmy. To mieszkanie tyle przeżyło, tyle pięknych wspomnień się z nim wiąże! To tutaj M. tańczył krakowiaka z obnażoną fujarą, S. odprawiał liczne msze święte, że nie wspomnę o odjazdach W. Ileż ta podłoga widziała damskich majtek! Wszelkie kolorki i faktury. Lamparcie cętki, konianowskie dziergi, helou kiti. Ech, sentymenty.

K. ma bowiem gołębie serce. Każdy wie, że nie ma lepszej mety niż meta K. A kumpel raz ma kawalerskie. Raz w życiu. Co prawda jest tych kumpli kilku, jednak żywię nadzieję, że jak tamci już postanowią na resztę życia uszczęśliwić swoją nieustanną obecnością jakąś zapewne niedosłyszącą i niedowidzącą niewiastę (swoją drogą, oddam im swój 1% i założę fanpejdża), no więc jak już wezmą tę kalekę  w wieku lat czterdziestu, bo przecież nie wcześniej, wcześniej jest czas fanu, nieprawdaż, to jednak znajdzie się jakaś choćby konkurencyjna meta. Albo, że nasza już nie będzie nasza. Whatever. Generalnie żywię nadzieję, że nie będę miała chłopców z rana pozaleganych we wszystkich kątach naszego rodzinnego gniazdka z przeszłością. Kiedyś.

Ale co. Toleruję, tak? Jednakowoż sałateczki to raczej nie popełnię na tę okazję, bez perwersji. Jak chłopcy chcą zakąsek to niech se wrzucą berlinki na indukcję. Musztarda jest i keczup najlepszy, Włocławek. I korniszony z Lidla.


A jutro Narodowy Dzień Glamur. Czujecie ten dreszcz, ten prestiż, doniosłość wydarzenia? Ja po maksie. Powiedzcie mi tylko – czemu nie mamy tu Topszopa?
Sobota dla szmat,
ale za to niedziela będzie dla nas. Ze zwłokami tatusia.

Jeżeli jesień zaczyna się mimozami, to wiosna z pewnością swądem rozjechanego czyimś pechowym obuwiem psiego srania. To czuję między innymi zintensyfikowawszy bieganie, celem zagęszczenia mało gęstego ciała. Czuję również inne aromaty – kopanej ziemi, palonych resztek ubiegłorocznej jesieni, wylewanej w krzaki piany po Książu, bardzo to miłe zapachy i takie swojskie, nawet ten opar gówna wpisuje się w klimat, gorzej gdy zwizualizować sobie gówniany maz wzdłuż obrzeża podeszwy trampka.

Na jednym z portali mojego Miasta Henryka Be tudzież inna Grażyna Wu wyprowadzając Fafika utyskiwała nad stanem nadodrzańskich łąk. Że dużo szkła, kondomów, a nawet opakowań po tramalu. Faktycznie taki śmietnik bywa wkurwiający, a nawet niebezpieczny – mam pod sobą gabinet weterynaryjny, do którego niemal codziennie prowadzi szlaczek odciśniętych na terakocie ciemnoczerwonych psich łap. Ja jednak zapytałabym na miejscu dziennikarzyny wysłuchującego lamentów Henryki/Grażyny, równolegle wyrażając przepastne współczucie dla jej dramatu obcowania z pobitymi butelkami, zaspermionym lateksem i pudełkiem zdradzającym czyjeś solidne odprężenie, zapytałabym mianowicie co ona robi ze stolcem swej cudnej psiny.  Na to oczywiście Henia/Grażka wyraziłaby święte oburzenie, że co ja tu o sraniu, kiedy ona o upadku obyczajów i zwyczajnym skurwysyństwie. Musiałabym więc opowiedzieć, co czuje matka, widząca dziecko padające na pomarańczowo-żółty kał, w wesołej zabawie, o tym, że ma ochotę ta matka, wyjebać w kosmos kurteczkę z H&M za 129zł by nie musieć zeskrobywać zeń wonnej pastrojki, żeby nie powiedzieć, że właściwie to miałaby ochotę pozbyć się i samego dziecka. Ale przecież tego zaprawiona w rozmaitym boju Henryka/Grażyna ni chuja nie pojmie, ona skrobałaby nawet ze sfilcowanej ściery podłogowej, a co dopiero.

Co do reszty to okej.
Mój syn wiedzie bogate życie towarzyskie – w sobotę bawił się z Leną, w niedzielę z Frankiem, jutro mam na chawirze przedszkolnego ziomala Miłosza. Nie da się postawić podobnej tezy na temat jego matki, ale oj tam. Mój teść, pytamy czemu uciekł na zapyziałą wichurę, mawia, że telewizja jest wszędzie taka sama. No więc parafrazując teścia, rzekłabym, że wino niezależnie od towarzystwa też smakuje podobnie.


  • RSS