Jeżeli jesień zaczyna się mimozami, to wiosna z pewnością swądem rozjechanego czyimś pechowym obuwiem psiego srania. To czuję między innymi zintensyfikowawszy bieganie, celem zagęszczenia mało gęstego ciała. Czuję również inne aromaty – kopanej ziemi, palonych resztek ubiegłorocznej jesieni, wylewanej w krzaki piany po Książu, bardzo to miłe zapachy i takie swojskie, nawet ten opar gówna wpisuje się w klimat, gorzej gdy zwizualizować sobie gówniany maz wzdłuż obrzeża podeszwy trampka.

Na jednym z portali mojego Miasta Henryka Be tudzież inna Grażyna Wu wyprowadzając Fafika utyskiwała nad stanem nadodrzańskich łąk. Że dużo szkła, kondomów, a nawet opakowań po tramalu. Faktycznie taki śmietnik bywa wkurwiający, a nawet niebezpieczny – mam pod sobą gabinet weterynaryjny, do którego niemal codziennie prowadzi szlaczek odciśniętych na terakocie ciemnoczerwonych psich łap. Ja jednak zapytałabym na miejscu dziennikarzyny wysłuchującego lamentów Henryki/Grażyny, równolegle wyrażając przepastne współczucie dla jej dramatu obcowania z pobitymi butelkami, zaspermionym lateksem i pudełkiem zdradzającym czyjeś solidne odprężenie, zapytałabym mianowicie co ona robi ze stolcem swej cudnej psiny.  Na to oczywiście Henia/Grażka wyraziłaby święte oburzenie, że co ja tu o sraniu, kiedy ona o upadku obyczajów i zwyczajnym skurwysyństwie. Musiałabym więc opowiedzieć, co czuje matka, widząca dziecko padające na pomarańczowo-żółty kał, w wesołej zabawie, o tym, że ma ochotę ta matka, wyjebać w kosmos kurteczkę z H&M za 129zł by nie musieć zeskrobywać zeń wonnej pastrojki, żeby nie powiedzieć, że właściwie to miałaby ochotę pozbyć się i samego dziecka. Ale przecież tego zaprawiona w rozmaitym boju Henryka/Grażyna ni chuja nie pojmie, ona skrobałaby nawet ze sfilcowanej ściery podłogowej, a co dopiero.

Co do reszty to okej.
Mój syn wiedzie bogate życie towarzyskie – w sobotę bawił się z Leną, w niedzielę z Frankiem, jutro mam na chawirze przedszkolnego ziomala Miłosza. Nie da się postawić podobnej tezy na temat jego matki, ale oj tam. Mój teść, pytamy czemu uciekł na zapyziałą wichurę, mawia, że telewizja jest wszędzie taka sama. No więc parafrazując teścia, rzekłabym, że wino niezależnie od towarzystwa też smakuje podobnie.