- To co? Będziecie koło drugiej, tak? – Druga Żona Wacława zaćwierkała w ucho Małgorzacie – nie macie nic przeciwko, że zapraszamy też dziadka?
- Skąd! – rzuciła lekko Małgorzata, dekodując „dziadka” jako Bola, współuczestnika pewnej żenującej maskarady oraz nic nie wartego, zakłamanego żywota, skrytego za pozorami filiżanek Rosenthala i antycznego fortepianu oraz osiedlowych ran chrystusowych.

- Niech tylko, kurwa, nie nawijają Młodemu makaronu na uszy, że cześć to jest twój pradziadek i takie tam śmieci, niech kurwa tego nie robią, bo, przysięgam będzie kwas na wielkanocnym obiadku – Małgorzata wyraziła swe obawy prowadzącemu pojazd małżonkowi.
Małżonek wyraził wsparcie, zapewniając, że w analogicznej sytuacji również nie baczyłby na konwenanse w postaci lukrowanych baranków pomiędzy misą z jajami skąpanymi w majonezowej brei a wazonem z bazią i zadymił nie gorzej. W to akurat Małgorzata nie śmiała wątpić.

Pojawiwszy się na salonach Wacława Małgorzata tradycyjnie zniknęła w kuchni z Drugą Żoną. Tworząc najlepszą sałatkę obiadową ever (sałata lodowa+ rokpol+ świeży czosnek+ prażony  słonecznik) wyłożyła Drugiej Żonie swe obawy.
- Beata, słuchaj, ja nie chcę ci psuć obiadu, ale wiesz, jak zacznie się świrowanie pod tytułem: skarbie, jestem twoim pradziadkiem, to po prostu rozwali mi łeb i będę musiała coś powiedzieć, a to co powiem, że nakręci pozytywnej atmosfery, sama rozumiesz…
Druga Żona Wacława rozumiała lepiej, niż się Małgorzacie wydawało.

Jeszcze chwila i…
Przydreptał Bolo.
Ot, dziad. Stary, schorowany. Utykał. Gdyby nie był sobą mógłby wezbrać w Małgorzacie falę współczucia i czułości. No ale cudów nie ma.
Usiedli. Małgorzata przywitała się uprzejmie i chłodno. Widziała kątem oka, że Bolek liczył na więcej.
Obiad był doskonały, jak zawsze u Drugiej Żony. Masło, trzydziestoprocentowa kremówka i oliwa – oto jej sekret. Niezawoalowany tłuszcz to jedyna opcja dla prawdziwej kuchni.
Bolo taktownie milczał, co Małgorzata odnotowała z wielką ulgą. Dziękowała za każdy kęs indyka pozbawiony tembru jego starczego głosu. Bardzo nie chciała psuć jedynego świątecznego akcentu, jaki mieli mieć razem -ona, jej rodzina, Wacław i jego Druga Żona. Choć jak dla niej, oczywiście, z powodzeniem mogło tego akcentu zabraknąć.

Mąż Małgorzaty dyskutował z Drugą Żoną na tematy okołokulturalne.
Syn Małgorzaty olał klimat zasiadając w pokoju obok przed szklanym ekranem.
Siostra Małgorzaty, Anna, po wariacku przewracała gałkami ocznymi, osobliwie manifestując swoje wsparcie.
Współtwórca Małgorzaty, Wacław, nie wiedział gdzie się podziać.
Bolo, biologiczny dziad Małgorzaty, uparcie milczał.
Małgorzata, w swej przepastnej empatii i wrażliwości była o krok od pożałowania dziada.

Wtedy, gdzieś na stronie, pomiędzy talerzami po indyku, a półmiskiem w sernikiem i babą dowiedziała się kilku niewiarygodnych rzeczy. Ach, ta Druga Żona, nie lubiła dusić w sobie. Dowiedziała się na przykład, że w mniemaniu Bola, to ona, Małgorzata ponosi winę za brak kontaktu z dziadkami, którego wszakże nigdy nie szukała (szmata jedna). Dowiedziała się też, że Bolesław czuje się pokrzywdzony nie dostawszy zaproszenia na ślub Małgorzaty.
I takie tam inne wesołe wytwory starczej demencji.

-Ja pierdolę! Pojebało? – wyraziła Małgorzata pytanie retoryczne nie bacząc na wyjątkową etykietę tego wyjątkowego domu.

Etykieta domu milczała. Wacław wraz z zięciem pykał z trzymanego na tę okazję cygara i zapijał Chivasem. Drzwi balkonowe skutecznie odgradzały od absurdu.