eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2011

Gośka uznała, że nadaję się jak nikt.
I wzięła mnie zgłosiła. Do programu kulinarno-gawędziarskiego.
Pierwszy etap rekrutacji był taki, że zadzwoniła pan i zapytała uprzejmie, czy mam czas na półgodzinny wywiad.
Mówię jej, że ni chuja, ale w sumie nigdy nie mam, więc niech się nie krępuje.
I dobrze zrobiłam, bo dzięki temu wywiadowi dowiedziałam się trochę o samej sobie. A dla córki megalomana, więc pewnie też w jakiejś części m-manki, na dodatek uprawiającej autorozkminę w ilości hurtowej, to nie lada gratka.

Pani zadawała mi różne pytania, na które odpowiadałam raczej gładko i bez szczególnych pauz. Lecz oto nagle padło fundamentalne pytanie o sukces życia, znaczy co ja uważam za swój sukces, czym samej sobie imponuję.
Ja pierdolę.
Spójrzmy prawdzie w oczy – rola maciorki nieco spowolniła moją, khem, błyskotliwą karierę, więc jakby tu pedzieć, derechtorem to jeszcze nie jestem. A nawet nie jestem kierownikiem. Choć zdarza się, że ktoś do mnie powie pani kierowniczko, albo szefowo. Ale to się chyba nie liczy, bo w takich sytuacjach głównie ktoś chce ode mnie kasy, a nie żeby chciał mi kasę dać. Więc taka szefowa to o kant dupy.
Intelekt i obycie? Nie szafowałabym wielkimi słowami. Gdyby nie człowiek renesansu, z którym dzielę łożę i koryto, to byłabym jak ta Kaziukowa. To nieoceniony małżonek stymuluje moje zbudyniałe zwoje. Zapuszcza ambitne kino, kiedy ja sobie moszczę leżankę na iks faktora, podsuwa must-read artykuł, każe słuchać, co odkrył. Ja to taka jestem raczej easy. Like Sunday morning. No więc nie wiem. Co mi takiego wyszło.
Aaaaa! WIEM! MAM! Moja rodzina jest tym, co mi imponuje. Mam zajebistą rodzinę. Ulepioną temi ręcami. Pani mruczy w telefon – mhmmm – i notuje.
Następnie wpadam w popłoch.
To NAPRAWDĘ O MNIE?
A to było o mnie.


A potem zadzwoniła Zaw. I coś tam gada, że jest coś do napisania, jakaś wypowiedź na tematy okołofeministyczne dla jakiegoś tam medium. Mniejsza o szczegół. I że sama wypowie się w tonie takim i śmakim i potrzebowała jeszcze kogoś o nieco innym światopoglądzie. I że ja się nadam.  
(Chryste, jak ja się ciągle nadaję! Ja to dopiero renesans wcielony!)
- Innym znaczy jakim?
- No takim bardziej ten.
- Jakim kurwa? Że ja niby jestem antyfeministyczna?
(jak współczesna myśląca kobieta, godząca życie zawodowe z życiem domowym, kobieta świadoma politycznie i społecznie może nie mieć poglądów feminizujących? Czy to w ogóle możliwe?)
- Nooo, ale wiesz. Jesteś taka tradycyjna bardziej. Dom, rodzina, takie tam. Wartości.

To znowu o mnie?
Czasem czuję, że moje życie toczy się trochę poza mną.

W okolicy szóstej pięćdziesiąt siedzę na skraju małżeńskiego łoża grzebiąc w szufladzie w poszukiwaniu odpowiednich majtek. Nie mam pojęcia co to jest, że majtki muszą być odpowiednie. Nikt nie ma w nie wglądu przez cały dzień i doprawdy wszystko jedno w jakich gaciach wygniatam komputerowy fotel w robocie, jednak ten wybór parę minut przed siódmą stanowi zawsze niebagatelnie wyzwanie.
- Co by tu zrobić, żeby nie pracować, a mieć furę kasy? –K. zadaje pytanie fundamentalne, pytanie przewijające się przez nasze konwersacje jak irytujący bo utopijny leitmotiv.
- Ja pierdolę, nie wiem – wyrażam  swą niewiedzę znad szuflady pełnej barwnej koronki, kokardek i prześwitów.
- Trzeba by napaść na bank. Wiesz, jest taki typ, co cyklicznie napada na banki, potem o nim piszą: Przedmiotem przypominającym broń groził pracownikom i zażądał wydania pieniędzy. Przedmiotów przypominających broń ci u nas dostatek – K. macha ręką nad marcelowymi trofastami pełnymi różnych dziwnych przedmiotów – a najlepsze, że wciąż go nie złapali!
- Fajnie ma – rzekę, znajdując majty na miarę piątku.

Jakieś pół doby później, w obliczu pustych garów i pustej inwencji, proponuję chłopcom, by zejść do Grubego na porcję pożywnego gyrosu pod kołderką sosu czosnkowego, w towarzystwie sałatki z białej kapusty i złocistych fryt.
Podaję kartę pracownicy Grubego, by ściągnęła z konta należność.
Karta trzy razy odmawia współpracy.
Jestem zdeterminowana, by nie gotować w piątkowe późne popołudnie, więc wspinam się tych kilka pięter po drugą kartę z emblematem innego banku.
Druga karta pozwala nam cieszyć się wysokokaloryczną pseudoorientalną paszą.

Przez okna przybytku u Grubego zauważam, że niebieska szklanka miga. I druga. I trzecia.
I że jakoś tak filmowo ogrodzili taśmą bank na rogu. A na taśmie jako żywo wielkie, kapslokiem pisane litery. Jest litera P, jest i O a potem jeszcze L, I, C, J, A. Takie litery.
Na szczęście nie ma karetki.
Czytam potem, że nie mają go, ale będą szukać.

Lucky you
– uśmiecham się do siebie.

Na początku zeszłego tygodnia otrzymuję tajemniczy telefon. Pani oferująca zabieg kosmetyczny powołuje się na znane mi personalia, że niby osoba ta miała mnie polecić, jako potencjalną klientkę i na dobry początek mogę skorzystać z iście promocyjnej ceny. Spoko – mówię – cerę mam parszywą, co mi się poprawi, to zaraz zrobię wszystko, by było gorzej, dłubiąc weń bez opamiętania, bierz mnie kobieto, tylko powiedz gdzie mam się kierować i kiedy. To ona, że co ja na piątek, a ja jej, że piękna data i że oczywista będę.


No to przyjeżdżam.


Pani naciera mnie gruboziarnistym pilingiem, kładzie jedną maskę, drugą, kremuje, nakłada jakieś filtry. (Odnotowuję kątem oka, że wszystkie specyfiki wyglądają bardzo jednakowo, a w gablocie obok aż roi się od słoiczków, tubek i saszetek z jakimiś koktajlami w podobnej oprawie graficznej.)
W międzyczasie pani podtruwa coś o nawykach codziennej dbałości o cerę, o diecie, ruchu i takich tam dyrdymałach. Próbuje przydybać mnie na dramatycznych błędach, a tu jeden wielki chuj. Przez Jedną Taką z roboty wpierdalam same otręby, aktiwie i rukolę, przynajmniej w dni biurowe. Ruch mam, jakiś społecznik ostatnio pierdolnął sprejem w ultramodnym oranżu kilometry na nadodrzańskich dębach, więc dowiedziałam się, że pięć km raźnym kłusem ewry singl dej, nie żeby jakieś tam ekstremum, ale ciało odczuwa (a ja wciąż mam piersi). Pani niepocieszona. Przy doborze kosmetyków jednak nieco się rozchmurza, okazuje się bowiem, że w tej materii jestem totalną ignorantką, a wiek zobowiązuje.
Wykładając mi o tym, co powinnam robić, a czego nie robię, równolegle finalizuje zabiegi. Nakazuje  dotknąć się oraz przejrzeć w zwierciadle. Moja twarz rzeczywiście jest inna. Lepsza, nie da się ukryć. Pani nie kryje zadowolenia.

Okazuje się jasne, że godzinny seans, jaki mi zafundowała w bardzo promocyjnej cenie, jest niczym innym jak prezentacją marki. Pytam zatem ile musiałabym wydać na komplet kosmetyków, którymi potraktowała mi facjatę. Kwota, którą podaje przyprawia mnie o stan przedzawałowy, a ja mam serce jak dzwon, tak ogólnie. Pytam jej, czy ona stosuje te cuda. Ona, że oczywiście. I natychmiast dodaje, że wszystko jest kwestią priorytetów – gdyby miała do wyboru jedzenie czy kosmetyki, to trudno, musiałaby zrezygnować  z wklepywania i nacierania, ale jeśli stoi przed wyborem – zabawka dla dziecka, czy kosmetyk dla niej, zawsze wybierze to drugie. To inwestycja w siebie, a zadbana, szczęśliwa mama to dobra mama (ach, jakże ten slogan wydarty z odpowiedniego kontekstu wrósł kobietom w mózgi). Dość ryzykowna teza – myślę – lecz przy odpowiednim doborze argumentów nie niemożliwa do obronienia. No cóż – mówię  ze szczerym żalem – nie dla mnie te dobra. Oszczędzamy na fajne, dwutygodniowe wakacje, nie ma mowy bym wydała takie pieniądze na kilka flakonów, nie przeczę, znakomitej substancji. Jednak pani ma ripostę na wszystko. Mówi mi – chuj z wakacjami (nie tymi słowy, prawdaż, lecz nie skupiajmy się na formie), spędźcie wspaniały czas razem w domu. A ja niech wreszcie zrobię coś DLA SIEBIE. Mówię jej, nieco już podrażniona i z pewną wyższością, że musiałabym być  upadłym kurwiszczem, żeby rodziny pozbawiać beztroski czasu spędzonego razem na greckim, dajmy na to, słońcu, i inwestować w swego ryja. I, że doprawdy, bardzo serdecznie jej gratuluję, jeśli ma klientki w tym zapyziałym kraju, bo z tego, co wiem, żadnej z moich koleżanek nie stać na takie fanaberie, a zarabiamy nie żeby jakoś tragicznie.

Pani chyba czuje, że tekstem o wakacjach zjeżyła mnie do granic, jednak nie ustępuje. Gdy kładę banknot, wymagający reszty, pyta, czy ma wydawać, czy zostawić zaliczkę. Na kolejny zabieg.
Poszłabym, przysięgam, poszłabym. Ale nachalny marketing to zły marketing. Szczególnie, gdy niefortunnie splata się ze złym pi-ar-em.
Sorry, lala, jestem z branży.


  • RSS