eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2011


 - Pani uzupełni wniosek, zanim stanie w kolejce – mówi do mnie urzędnik państwowy we flaneli w kratę i mokasynach o dizajnie mejd baj Real.
- Uzupełnię. W kolejce. – białe, skrzydlate coś napierdala mi do prawego ucha, że warto być uprzejmym i grzecznym, gdy tymczasem czarne, kudłate z widłami skanduje hasła o asertywności. I że w ogóle co on mi tu, kurwa, będzie. Biurw jeden.
- Niech pani uzupełni zanim stanie w kolejce, bo potem tacy jak pani marnują cenny czas urzędnika! – pan o siermiężnym looku jest zdeterminowany w swej krucjacie przeciw śmiertelnikom mającym za nic nieocenione działania urzędnika.
- Ale o co panu chodzi? – wygłaszam fundamentalną dla każdej wymiany zdań kwestię. W o co chodzi mieści się tak wiele – ironia, niedowierzanie, tłumiona irytacja, chęć poniżenia przeciwnika, pobłażanie, konsternacja i wiele, wiele innych. Akurat dobrze się nadaje, pasuje.
- Była pani w gabinecie pani kierownik, widziałem. Prosić o przyspieszenie – urzędnik państwowy uśmiecha się triumfalnie, a jednocześnie nieco porozumiewawczo.
- I? – wyrażam żądzę poznania ciągu dalszego. Białe skrzydlate nagle zamilkło, a czarne kudłate podrapało się z uśmiechem po szpiczastej brodzie.
Tak, mea culpa. Wykorzystałam znajomość. (As we all do.) Zadzwoniłam do Eksia, z którym mam aktualnie bardzo poprawne stosunki, choć już dawno stosunków nie miewamy, i nawijam makaron na uszy, że nim się spostrzegłam, a tu czas urlopu nastał, a oboje z Juniorem mamy nieważne paszporty i czy on by nie mógł czegoś w tej sprawie, bo nie wiem zaprawdę gdzie wylądujemy w dwa ostatnie tygodnie lipca roku pańskiego dwatysiącejedenaście, bo nie wiem, gdzie dobra oferta superlastminute będzie do kliknięcia. Eks, że spoko loko, pani kierownik departamentu paszportów to jego ziomalka od urzędowego pitu-pitu, i że ogólnie don’t you worry, babe.
No to ja ekspresowo cykam foty, ekspresowo załatwiam z kim trzeba, że w robocie pojawię się z poślizgiem i takie tam. Ale nie, zawsze ktoś musi się przyjebać. Jak gdyby sam Stróż Anioł dbał by narząd asertywności nie zanikł z braku jego używania.

Urzędnik państwowy o looku żywcem ze spotu Kononowicza Krzysztofa nalega, bym wypełniła jebany wniosek o paszport nim stanę w jebanej kolejce, mimo, iż kolejka liczy sobie w pizdu wielu podobnych mi osobników i że gdybym się sprężyła wypełniłabym ów wniosek całej kolejce razy, kurwa, piętnaście.
Spoglądam zatem na żenującą tę kreaturę, skrzydlate białe coś tam piska, ale ledwo-ledwo, więc nie ma wpływu na bieg wypadków, i cedzę przez moje bobrze wielkie siekacze patrząc panu wprost w jego bladoniebieskie urzędnicze pozbawione krztyny ikry/seksu/inteligencji/kreatywności/jajec ślipia:
- Rozumiem pana. Ja też nienawidziłabym tej roboty.

Odwracam się na pięcie i idę ostentacyjnie wypełniać wniosek do kolejki. To jak kopanie leżącego, wiem, ale tak strasznie nie poważam tych wszystkich nierobów pierdzących w komputerowe fotele za moje podatki, pożytkujących całą energię na łażenie i knucie po gabinetach, oraz pseudodydaktyczne pierdolenie do petentów, z w których ci bardziej pogrążeni w systemie sprzed transformacji, kulą się i przepraszają, że przyszli, co tylko stanowi pożywkę.

Wiem, co mówię. Inkubowałam Młodego w jednym z takich przybytków. Fajne miejsce, żeby być na bieżąco z Pudlem i portalami społecznościowymi. Tyle, że ja nie wmawiałam nikomu, że marnuje mój CENNY czas.

Rzeczywistość po intensywnej ulewie jest ładniejsza, łatwiejsza do przyjęcia, możliwe, że ze względu na sentymenty. Większość wspomnień z dzieciństwa ma ulewę w tle: radosny, bosy trucht po mokrej trawie, błotne kleksy na łydkach, wielkie bąble na kałużach, opłukane deszczem czereśnie z ogródka starej Duławskiej, opasłe i pełne wysokobiałkowego nadzienia.
Dziś rzeczywistość była trudna, na tyle trudna, że nieuchronność ulewy była tylko kwestią czasu.

Dnia poprzedniego, w samo Boże Ciało, moja bliska memu sercu kobieta postanowiła sfinalizować wielomiesięczne spuszczanie nad krojem kiecki, kolorem obrusów, plejlistą orkiestry oraz treścią graweru na obrączkach i wypowiadając sakramentalne tak, wydała bezlitosny wyrok na mój poranek dnia następnego. To było najlepsze, z wszystkich trzech czerwcowych, wesele – nie byłam kierowcą (wesele n1), nie piździło mi po nerach (wesele nr2, statek), K. nie miał nazajutrz zajęć z głodną wiedzy młodzieżą akademicką (wesele nr1, wesele nr2). Już w kościele ksiądz wprawił mnie w wyśmienity nastrój, wygłaszając fenomenalny pastisz kazania ślubnego. Bawiłam się doprawdy pysznie, dopóki mój małżonek uświadomił mi, że to wcale nie był pastisz i że prawdy objawione żywcem wyjęte z wypracowania, na oko, trzecioklasisty (Szkoły Podstawowej, rzecz jasna) a także niewiarygodnie infantylne metafory  były niczym innym, jak próbą powiedzenia czegoś mądrego. To było STRASZNE.
Nic dziwnego, że przyjechawszy do domu weselnego pierwsze co zrobiłam to obczaiłam ochoczo kącik alkoholowy.  Kącik okazał się bardzo pode mnie, wina chilijskie i kalifornijskie to moi najlepsi ziomkowie i tak pomiędzy kęsem szpinakowego dewolaja a łyczkiem rosołku, delikatnie osuszałam kolejne lampeczki. Mniejsza o szczegół, bawiłam się wyśmienicie, jednakże finał tej zabawy był mało wyjściowy – uchlałam się jak wieprz, wypierdoliłam zawartość jednej z lampek na sukienusię w kolorze nude, strzeliłam kilka rechotliwych faux pasów, a następnie kazałam odprowadzić się do jednego z aut, gdzie ucięłam sobie wzmacniającą drzemkę.

Nie wiem co było dalej, wiem natomiast, że cierpię.
Na dość oczywisty dziś stan nałożył się wybitnie nasilony katarek sienny stymulowany łąką, co ją mam za oknem i jest grubo. Do kiedy mogłam – celebrowałam ból na rozłożonej wersali w dziennym i żarłam tureckie specjały Grubego, ale potem dziadkowie przywieźli Marcelonka i co, nico, trzeba jakoś powstać.
(Gdzie K.? Ależ! No śpi chłopak, PRZECIEŻ MA KACA, nie?)

Stwierdziłam, że nie będę mulić się jeszcze bardziej zabawą zmutowanymi robotami, chwyciłam dziecko, torbę płócienną zakupową i wypuściłam się z chawiry. To było bardzo przemyślne posunięcie, o czym przekonałam się natychmiast po wyjściu z bramy. Granatowe niebo wisiało nad Oderką, ciemnozielone liście starych dębów pięknie z nim kontrastowały, a zapowiadający zmiany wiaterek zmierzwił czuprynkę Młodego. Wiedziałam, że zaraz będzie lało, lecz nie oparłam się pokusie uczestniczenia w odmianie rzeczywistości, zmycia straszliwego i nastania lepszego. Wielkie krople deszczu rozbiły się o moje ramiona i chodnik przed samym warzywniakiem na Lompy. Zrobiłam zakupy, a potem staliśmy tak skazani na siebie przez tych kilka chwil gapiąc się w ścianę deszczu za oknem. Obcy ludzie, którzy musieli dzielić kilka metrów kwadratowych, powietrze i uciechę z podniecającego zjawiska pogodowego. Pomyślałam, że było w tym coś bardzo romantycznego.

po całodziennych dywagacjach genitalnych na gg, zagaduję z wieczora do Kocicy.

ewa (2011-06-10 20:22:44)
i co? znalazłaś prostatę?

kocica (2011-06-10 20:23:12)
oj, nie szukałam, mintaje smażyłam.

:)

Wesele jakie by nie było to jednak niesamowity twór.
Spotkasz tu społeczeństwo w pełnym przekroju. Zawsze będzie jakiś kompletny kretyn, usiłujący zabawić cię beznadziejnie żenadą, cwaniacką  gadką, jakaś troskliwa ciocia, nachylająca się nad gośćmi z misją i wielkim cycem, jakiś wuj z lepkim dowcipem i wzniesionym rozporkiem, wyniosła anorektyczna kuzynka przyspawana do krzesła, patrząca ze wzgardą na niezborne pląsy, królowa promieni ufau, cyrkonii, brokatu i cekinów, czyjaś żona ze świądem sromu aktywowanym trzema pięćdziesiątkami, król parkietu bez kompleksów, człowiek sukcesu zamęczający przypowieścią o sukcesie, płaczliwa mama, nadąsana teściowa, czerwony, napierdolony, spocony ojciec, zdulszczony teść i cała masa nas – przeciętnaczków, którzy po prostu chcą się spruć na wesoło, korzystając z chwili, gdy wyjechali do dziadków wszyscy nasi podopieczni.

No, mi niestety nie było dane, gdyż albowiem mamy z K. taką niepisaną zasadę, że, o ile nie uda się inaczej, to u bardziej swoich pije on, a u bardziej moich piję ja. Choć czasem ciężko rozgraniczyć, gdyż mamy to szczęście posiadania wielu znajomych jednakowo mojszych. Tym razem jednak sprawa była dla mnie przegrana.

Pozwoliło mi to jednak zastrzyc uchem, a przede wszystkim okiem i wyłowić panujące aktualnie weselne trendy modowe. Z niejaką ulgą konstatuję, iż skończyła się era szeleszczącej tafty oraz dramatycznych sukieneczek pin-up w grochy z firaną tiulową u dołu. Natomiast satyna jest nieśmiertelna, wieczna jak trawa, jak niezrozumiale dla mnie głosi dezyderata, satyna rodem z Pretty Girl, mojego ukochanego sklepusiu, różowa, względnie kremowa, lub też w arcytwarzowym odcieniu kawy z mlekiem, to tego koniecznie satynowe bolerko – ecru lub miły dla oka brązik. Dużo różyczek, kokardek i drapowań, koczek koniecznie z trylionem loczków, do tego satynowa kopertówka  i  - JEB! – czarne, stabilne, czółenka.
Lecz bywa i gorzej. Była taka jedna w ścierce z czarnej mikrofibry z łańcuszkowo-cyrkoniowymi ramiączkami i stanem przedrakowym na ramionach i dekolcie, zdradzającym platynowy karnet do miejscowej solki. Bóg mi świadkiem, gdyby ona była fajna laska, uśmiechnięta i życzliwa, mogłaby mieć na sobie satynowe C-stringi i nic ponadto i nie obrobiłabym jej dupy never ever, ale nie, była suczą mierzącą wszystkich nienawistnie, no to co.

Jednak jakby tak przymknąć oko na weselne trendy to możnaby rzec, że wysoki poziom. Ładnie, smacznie, dla ucha miło. Jednak brakowało jakiegoś skandaliku. Jakiejś AKCJI. Weselnej. Wiadomo, ideałem byłoby wesele namalowane pędzlem Smarzowskiego. Wszystko takie malownicze. EWENTUALNIE można by zrezygnować z atrakcji w stylu amputacja palucha. Ale reszta – miodzio. Szczególnie motyw bigosu.
No ale jest jak jest. Ludzie coraz lepiej rozumieją termin klasa.
Trudno, co robić.

Zawsze mówiłam, że warto przystanąć przy tych rumuńskich, z całym szacunkiem, koszach z wątpliwymi dziełami kinematografii za złoty siedemdziesiąt, które ma każdy liczący się supermarket. Nawet gdy idzie się tylko po zgrzewkę Cisowianki. Zawsze można, gdzieś pomiędzy Anakondą z JLo, a Młodymi Wilkami 1½ coś fajnego wyhaczyć. Ja przystanęłam nabywając ręczniki papierowe i zapiszczałam do wewnętrz. The Office w wersji oryginalnej, czyli brytyjskiej, czyli bezkonkurencyjnej za 9.90/sezon! A dostępne obywa sezony!! Czy ten dzień mógł być bardziej owocny?
No i teraz jedziemy z koksem.
To znaczy trochę szumnie powiedziane. Zdarzy się, że pomiędzy robótką zleconą, a wyładowaniem pralki pełnej spajdermenów i cudnych łatek moro, a rundką po wałach, a ogarnianiem namnażającego się samoistnie burdelu, coś tam se zobaczę, nieprawdaż. Ale jak już usiądę to z reguły w trzy minuty śpię, więc fajnie, bo te dwanaście w sumie odcinków starczy nam na jakieś pół roku. Najgorzej to obejrzeć wszystko w jeden wieczór. I co potem? Pustka. Nieswojość.

A dziś idę do fryzjera. Nowego.
Pan, który ze mnie zrobi piękność jest jedynym w salonie hetero (choć niewykluczone, że zdjęcia rodziny wstawione na fejsie to przykrywka, zupełnie jak urocze krągłości Niezgody Katarzyny) i to mnie trochę martwi, bo nie wiem, czy chłop z krwi i kości zaczai moja wizję siebie. Nie jest to może jakaś wybujała wizja, umówmy się, niejmniej jednak co gej to gej. No ale starajmy się widzieć pozytywy, przynajmniej sobie pobajdurzymy z panem na temaciki okołodzieciowe, które tak bardzo kocham. Pocynimy trochę, że mój to już liczy, a mój to już przekłada Heideggera, a mój to już ja pierdolę, czego on nie potrafi. Oraz wymienimy kilkoma trendowymi poglądami, że mleko, danonki i Cartoon Network to samo zło. A Świnka Peppa lansuje krzywdzący obraz mężczyzny w rodzinie.

Oraz z okazji takiej, że mam trzy wesela w czerwcu, kupiłam sobie szpilki, takie, że aż mi staje na widok mojej stopy obutej w nie. Są boskie, pomarańczowe i kompletnie nie da się w nich chodzić. Nie bardzo mam plan na imprezowanie w nich, wiem tylko, że do kościoła jakoś wkuśtykam wsparta o ramię K. , potem podobnież, wykuśtykam i w sali weselnej też może się szczęśliwie zainstaluję. Gorzej, gdy mnie jaki wuj Gienek, tudzież kuzyn Sławek zaprosi do tańca. A ja, jak już strzelę kilka toastów, bardzo lubię sobie pofikać. No i na tę okoliczność to już nie mam planu.
Ale szpilki są naprawdę zajebiste.
 


  • RSS