eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

Już nie żałuję, że nie otrzymałam w darze ciąży mnogiej, a takie dziwne myśli roiły mi się z okazji natężenia jęków mamo, pobaw się ze mną. Prawda o mnie jest prozaiczna – nie znoszę bawić się w najpełniejszym tego wyrażenia sensie, mogę jedynie przestawić się na rozmaite akcje zadaniowe typu: zbuduj, narysuj, opowiedz, pokaż, jednakże świat warkotu silników i bojowych okrzyków pozostanie chyba na zawsze światem ledwo tolerowanym. Z bliźniakami lub dziećmi poczętymi w odstępie dziewięciu miesięcy jest (już później) bardzo sympatycznie i z górki, warkoczą sobie równolegle i równolegle wznoszą okrzyki i pewnie jest sielanka, lecz umówmy się, przy moim zamiłowaniu do sportu pod tytułem: macierzyństwo aktualne profity musiałyby być w przeszłości okupione choćby dwutygodniowym pobytem na oddziale zamkniętym. Wolę nie.
Już nie żałuję, bo oto doczekałam się swojej nagrody. Mój syn, lat trzy i osiem miesięcy, godzinami zabawiał SAM SIEBIE a to niekończącą się walką wyimaginowanych postaci, a to słowotokiem będącym opisem straszliwej zagłady świata (apokalipsa wg św. Marcelego?). I było to, paradoksalnie, bardzo kojące.

W ogóle bardzo mnie rozpieścił, mój mały Marceli Franciszek. Podczas pobytu na greckiej ziemi przeczytałam aż pół książki (Śmierć czeskiego psa – nierówne, ale ma momenty), a także byłam na kilku owocnych fotograficznie wypadach poza miejsce zakwaterowania. Gdyż jak się okazało, jego już nie jara dłubanie patykiem w piachu (no dobra, w ŻWIRZE), jego kręcą WYCIECZKI. Czułam się dość mocno wyobcowana będąc jedyną osobą postulującą smażenie na plaży, przeplatane moczeniem kupra w słonej zupie. Druga, kolejna niepochlebna, prawda o mnie jest taka, że mam w sobie wiele z mitologicznej Andżelki, którą wyszydzam w geście psychicznego wyparcia. Dokładnie tak, jak Wszechpolacy piętnują dymanie w męski odbyt. Z tą drobną różnicą, że ja wewnętrzną mą Andżelę w gruncie rzeczy całkiem lubię. Cyrkoniowego motylka w pępuszku nie noszę, lecz bardzo lubię być sczaskana na heban.

Ogólnie wakacje oceniam bardzo wysoko, choć w myśli truistycznej maksymy, jakobym miała uczyć się przez całe życie, nauczyłam się i wtenczas. Nie wiem doprawdy jak kiedykolwiek mogłam akceptować, a wręcz przyjmować z entuzjazmem hotelowe propozycje wakacyjnego prowiantu. Ja pierdolę, przecież tego nie da się żryć. Nie wiem czy tak się z czasem wyrobiłam kulinarnie, czy mi dupa od dobrobytu urosła, lecz był to na pewno ostatni raz kiedy wykupiłam sobie dostęp do hotelowego standaryzowanego pod przybyszów z północy koryta. Rozczarowanie koiłam okazjonalnym wypuszczaniem się do cudnych knajpek nadmorskich i wiem jedno – prawdziwe greckie żarcie na pewno nie jest droższe od żarcia, dajmy na to, w zacnej smażalni u Zamojskich w Stilo, a jest, powiedzmy sobie to szczerze dużo bardziej zajebiste (i miało w tym przypadku niepodrabialny aspekt wizualny).

No, ale nie ma tak cudnie. To, co widzę za oknem w duecie z nieuchronnością poniedziałku wpędza mnie w ciężki zjazd. Dlatego aktualnie intensywnie alkoholizujemy się. I jemy dary jesieni. Krem z cukinii, tagliatelle z kurkami, faszerowaną paprykę, pomidorową sycylijską, mus malinowy. Kompulsywnie stoję nad garami. Żremy i łoimy. Nostalgicznie.
To jak seks na pożegnanie.
Jak ostatni taniec na ostatniej kolonijnej dyskotece.
Jak scyzorykiem wyryte na wiacie PKS – tu byliśmy.
Może jeszcze będziemy.

Za jakieś dwanaście miesięcy.

aktualnie cierpię na depresję.

Dziadek twierdzi, że kiedyś nie było takiego zajoba z pracą i zarabianiem i że spokojnie dało się z niemenadżerskiej pensji utrzymać trzypokojowe mieszkanie, siebie, żonę, dwie córki, psa Fafika oraz Fiata 126p. A teraz to masakra. Może i tak było, swoją drogą dziadkowie zrobili zajebisty numer – zostali w akademiku, w którym zakwitła była ich miłość na zawsze. To znaczy gdy przekształcali akademik w dom mieszkalny babcia akurat odnotowała znaczny przyrost obwodu w talii i jakoś tak im odpuszczono, nie wyrzucono na bruk. Słowem  - dostali mieszkanie od miasta. Ech, komuno, cóżeś ty za pani.

Może i tak było, jak mówi dziadek, że wszystko to jakoś się kulało, a na dodatek mieli dwukrotny przydział do państwowego przedszkola, mimo, że babcia nie wyścibiła nigdy nosa dalej niż do okolicznych sklepów, a już na pewno nie w celu pracy zarobkowej.
Jednak, umówimy się – nie nęciło tak człowieka, gdy miał do wyboru groszek oraz ocet. Czy czasem, od święta, różaniec srajtaśmy. Teraz jest ciężko, och jakże ciężko, ale głównie przez wybujały asortyment. Wszystko człowiek musi mieć. Musi, bo i inaczej umrze. Zachoruje na bezsenność. Dostanie tiku.
Nie wiem, nie wiem, szukanie wakacji tak mnie męczy, że serio, zaczęłam myśleć już o jesieni. Za dużo ofert jest. Za dużo różnych opcji. A może to, a może śmo. Z żarciem, bez żarcia. Z parasolem plażowym w lamparcie cętki lub w różowe członki męskie. Jesień, błagam, jesień!

Bo dla mnie, przynajmniej w dzieciństwie, od zawsze były trzy liczące się momenty w roku.
Marzec – urodziny. Czerwiec – wakacje. Grudzień – Boże Narodzenie. I tak to się kręciło. Teraz, wraz z upływem czasu, termin – urodziny przeobraził się w radość kontemplacji budzącej się do życia przyrody, natomiast wakacje, niegdyś termin przepastny, dziś jest dwutygodniowym ochłapem, poprzedzonym wytężoną pracą bieżącą plus tą na zaś, którą wykonałoby się w czasie zaplanowanego wy-po-czyn-ku. Między wakacjami a Bożym Narodzeniem powstała za to nowa wysepka w kalendarzu i jest nią zapach jesieni.  Zapach jesieni, jakkolwiek egzaltowanie i pretensjonalnie brzmi, jest cudnym czasem, przepełnionym spacerami pośród szeleszczących liści, jest bardzo twarzowy modowo, bo dzianiny, rajstopy 60den, botki, płaszczyki i takie tam, daje także przedsmak czwartej ważnej wysepki – Bożego Narodzenia, bo w końcu te wieńce z kulkami dzikiej róży, grzane wino, pieczenie pierników odpowiednio wcześnie, żeby zmiękły, to wszystko jest takie nastrojowe.

No więc wracając do meritum, zamęcza mnie dużowszystkość.
Moja babcia miała prostą sprawę – nic nie było w zasięgu jej ręki, a dziadowskie wczasy FWP może i były dziadowskie, ale też za psie pieniądze. Poza tym – nie miały konkurencji. A Bałtyk pozostanie zawsze Bałtykiem i zawsze będzie budził rozrzewnienie.
Tymczasem teraz – tyle opcji. Pojedziesz tu, siłą rzeczy nie będzie cię tam. A co jeśli tam byłoby zajebiściej?

Jest jeszcze jedna rzecz w której pokładam nadzieję, gdy myślę o jesieni. Kolejne sezony ukochanych seriali, które pozostawiły mnie nieutuloną w żalu i tęsknocie. Komu znów Dexter popodrzyna tętniczki i za co? Co będzie dalej z Lynette i Tomem? Co sprawi, że Hank Moody powróci jak bumerang na łono swojej ukochanej z lwią grzywą i wytrzeszczem, bo wiadomo, że prędzej czy później…?

Chce mi się jesieni.


  • RSS