eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2011

Jest takie jedno miejsce w Mieście, do którego można od nas dojechać rowerem urokliwymi ścieżynami, wpuścić dziecko w breję z piachu i wody (jak jest ciepło włączają zraszacz – czego chcieć więcej, będąc niespełna czterolatkiem?) oraz towarzystwo innych, jemu podobnych, a samemu walnąć się na leżak, patrzeć na rozmaite pojazdy wodne przemieszczające się Oderką, konwersować z małżonkiem, pić chłodne piwo, majtać palcami stóp w ziarenkach piasku i czuć, że nic lepszego godzinę po zakończeniu pracy, nie mogło nam się przytrafić.
K. nazywa czas spędzany tam: weekendem w środku tygodnia. I tak to właśnie smakuje. Do tego jeszcze dobra, dyskretnie sącząca się muzyka, ewidentnie targetująca towarzystwo. Wiadomo - nie ma takiej opcji, żeby znalazło się ogólnodostępne miejsce wolne od buractwa, niemniej puszczenie niezrozumiałych dla pewnych ekip dźwięków daje jednak cień szansy, że przylezą tylko ci najbardziej zdeterminowani.
I tak mając w perspektywie ciężki tydzień  K. zarządził w poniedziałek wypad tamże. Popakowałam prowianty dla najmłodszego (bo potem łazi do personelu przybytku i żebrze o chlebek z keczupem, obciach na sto dwa), komplet na zmianę i tak dalej, a następnie popedałowaliśmy zgodnie do celu.
I kiedy K. rozłożył leżaki w dogodnym miejscu, butelka ze stylowym kapselkiem z porcelany wydała z siebie kojące pyknięcie, a ja sama stęknęłam z ulgą sadowiąc pośladki na żółtym płótnie i uśmiechnęłam się półgębkiem do pomysłodawcy tego wydarzenia, usłyszałam dwa słowa:

- MAMO, KUPĘ.

Spoglądam na K., K. spogląda na mnie, mój wzrok zapytuje niemo czy wziął może mokre chusteczki, jego wzrok odpowiada mi, że ni chuja, wznosimy oczy do niebios, jakby zapytując Siłę Wyższą czemu nasze dziecko defekuje w najmniej pożądanych momentach, lecz niebiosa wymownie milczą. Kombinuję zatem jakieś serwetki, rozglądam się w poszukiwaniu miejsca mogącego posłużyć za ustęp, staram się nie srać dzieckiem gdzie bądź, podobnie jak nienawidzę srających psami. Zapuszczam się w nadodrzańską nibypuszczę, pełną pokrzyw, bluszczu i innego zielska, dziecko kroczy ufnie za mną, kitramy się w busz, podtrzymuję go w pozycji, jak znam anatomię kiszek, korzystnej, i nagle wiem, gdzie spierdoliły wszystkie miejskie komary, gdy spuszczali na miasto antyowadzią chemię. Oto czuję na sobie miliard aparatów kłująco-ssacych, przysięgam wszędzie – na łydkach, pod kolanami, na kostkach, szyi, ramionach, dłoniach, czole, policzkach, uszach, plecach, WSZĘDZIE. Widzę też roje owadów pokrywających mikrodupkę i skupioną twarzyczkę i KURWA NIE MOGĘ TEGO ZNIEŚĆ.
- Robisz? – jęczę.
- Nooo – stęka.
Uczucie, że stado komarów zżera cię żywcem, a ty nie możesz kiwnąć palcem, jedyne co możesz to trzepać łbem wte i wewte, a to też niekoniecznie, bo empatia podpowiada, że defekować w warunkach trzęsącego się otoczenia nie jest fajnie (vide: PKP), takie uczucie jest co tu dużo mówić OSOBLIWE.
W trakcie okazuje się, że jednak nici ze stolca, dziecko chyba kapituluje, więc z ulgą, czochrając się po łydkach jak heroinistka wyłaniam się z krzaków.

- Chciałbym w kiblu normalnym – słyszę, a więc to jeszcze nie koniec.
Robiłam co mogłam by nie iść do plastikowego prostopadłościanu woniejącego oparami wszystkiego, co relaksujący się przy piwku i uroczych okolicznościach ludzie, byli uprzejmi wydalić z siebie, czasem nie trafiając we właściwy otwór. No ale nie ma rady, krzaki nieprzyjazne, a dziecko musi.
Zwieszam syna nad kloaczną otchłanią, w którą wolałabym nigdy nie spoglądać, smród wchodzi we mnie każdym porem, wżera mi się w tkaninę lnianych szortów i bawełniany tiszert, kosmki włosów i zwoje mózgowe, odór jest wszędzie, mam czarno przed oczami.
- Nie mogę – słyszę zrezygnowany ton.

Spoko.

Przez tę jesienną aurę w środku lata jestem rozchwiana co do porządku rzeczy. Wszystko dookoła mówi mi, że to schyłek, tylko kalendarz, że nie. Normalnie oplotłabym już karnisz stosowną dekoracją, no ale jeśli kiedyś będę w sądzie oczyszczać się z jakichkolwiek zarzutów, nie chciałabym by cokolwiek świadczyło na moją niekorzyść. (Może na przykład ktoś z sąsiadów powiedzieć : Ależ Wysoki Sądzie, ta pojebuska już w środku lata napierdalała z okna choinkowymi światełkami , to czego się spodziewać po takiej? Po co mi to?).

No więc wstrzymuję się, nie chcę działać na własną niekorzyść. Choć aura rozstraja mnie.
Dziś na przykład chmury za oknem, dziecko dostaje pierdolca z powodu braku przedszkolnych przeczołgań,  K.  jęczy, że gdyby chciał mieszkać na Wyspach Brytyjskich to by tam mieszkał, i że to chuj nie lato, a ja mam ochotę odkorkować wino, ale trochę mi niezręcznie dwie godziny po śniadaniu, nieprawdaż. No więc zarządzamy wspólnie wymarsz, Irena myśli, że znów nie będzie nas wiele dni i nocy, patrzy, a wzrok ma obłąkany z przerażenia, mówię do niej czule i niezrozumiale. Wybywamy i gdy tak pedałujemy milutko, jakież zaskoczenie, zastaje nas ściana deszczu.  K. przytomnie zauważa ławeczkę z romantycznym zadaszeniem, dopadamy jej, na ławeczce siedzi już sympatyczny żulik wydzielający swojski aromat, którego nutę głowy stanowi kilka warstw potu, wchłoniętych przez weekendową koszulę, a nutę serca – przetrawiony metanol. Żulik okazuje się wyznawcą tej staroświeckiej kindersztuby, wedle której, gdy los splata ścieżki obcym dotychczas osobom, należy natychmiast tę obcość obrócić w bliskość, najlepszą z możliwych, pełną werbalizowanych kwieciście reminiscencji z cudownych lat młodości, zapewnień, że choć chujowo, że leje, to jednak pięknie leje oraz płynących prosto z serca życzeń lepszej pogody na jutro.

Potem wracamy i żremy. Zrobiłam leczo z naddatkiem cukinii, ogórki wstawiłam i upiekłam bananowe muffiny. Źle mi to robi na tyłek i kibić ale za chwilę będę w kużuchu, na co mi szczupły zad?


A na koniec mroczna poezja Młodego, muszę gdzieś zapisać, żeby nie umknęło.
- Oooo, cmentarz (z okna samochodu). Cmentarz. Jak ktoś umarnie to tutaj leży. Leży i patrzy w niebo. Już na zawsze.

Ładne, nie?


  • RSS