eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

W zasadzie nie miało być o winach z Biedronki, tylko o Biedronce samej w sobie.

Jest to dla mnie fenomen doskonałej roboty wizerunkowej, bardzo spójnej i bardzo dobrze przemyślanej. Po nagonce Ryszarda Cebuli i innych tropicieli występku z tefauenowskich kronik niegodziwości tego świata, zarządzający koncernem postanowili mozolną pracą wymazać grzechy naruszonych kręgosłupów, przepuklin i utraconych płodów. Widać znali tę prawdę, że dobry pijar to nie taki, który zafałszowuje rzeczywistość, bo rodacy nie są tak durni, na jakich wyglądają, tylko taki, który podkreśla atuty. Ponieważ atutów w sumie brakowało, trzeba było je dorobić. I tak zaproszono do współpracy renomowanych podwykonawców i zaczęto trąbić, że jakość biedronkowych wyrobów jest mega w pyteczkę i właściwie nie ma po co jeździć do Piotra i Pawła. Poza tym jest dużo taniej. W tym samym czasie rozpoczęto intensywne szeptanie, że w Biedrze zajebiście płacą. Oczywiście jak na dyskont spożywczy. I w ogóle jest mega, Jim Jarmusch, Nieustające Wakacje.

Równolegle marketingowcy obmyślili kto jest grupą celu dla Biedry i pojechali z kampanią prostą, całkiem zabawną, zrozumiałą dla przeciętnych Paździochów, a jednakowoż nie obrażającą nieco bardziej wysublimowanych intelektualnie konsumentów.

I wszystko byłoby naprawdę godne najwyższego podziwu, gdyby nie fakt, że to, co zastaję w sklepie (na sklepie, jak mówią autochtoni) trochę przeczy tej żmudnej robocie. Powoduje taki, no, dysonans. To znaczy – grupa celu. Kim oni są? Okej, to głównie dziady i menele. Ale kurwa – dla kogo w takim razie są dobre, naprawdę dobre, wina, ostrygi w puszce, sery długodojrzewające i szynka parmeńska? Mam takie wrażenie, że dziady i menele to skupiają się  na tanim browarze i kaszance.  Nawet taka Halyna, wcale nie-menelica i nie-dziadówa, ot niezamożna prosta kobita, klepiąca schabowe w niedzielę i używająca biedronkowego majonezu do jaj, gdy przyjdą goście, ona też nie kupuje ostryg. Sałatki które dyktuje jej zmysł dobrego smaku bazują raczej na gotowanych kartoflach i cebuli.
Czyli, tak podejrzewam, te „luksusowe” dobre są dla mnie. I dla pana, i dla pani.

Dlaczego, wobec tego, do chuja pana, NIE MAJĄ TAM TERMINALA?? Tak, wiem, żeby zachować dobre ceny. Gówniane tłumaczenie. Gdybym miała do dyspozycji terminal KAŻDORAZOWO zostawiłabym tam jakieś pięćdziesiąt procent więcej niż to się stało w rzeczywistości. Bo wyjmuję te dwie stówy a potem się pocę – starczy, nie starczy? Kurwa, przecież jeszcze wina. Kupiłabym jeszcze ze cztery. Oszfak, ale Vizir do białego, sto kilo, tani rzucili. No ale Vizir i wina to już ponad stówa. Ni chuja, nie mam tyle. Sery długodojrzewające wszystko zeżarły.
I takich jak ja, obawiam się, są rzesze.

Druga rzecz to anturaż okolicy.
Ja wiem, że istnieją megaeleganckie Biedronki, co mają nienaganny parking i ładne okoliczności przyrody i w ogóle nic tylko rozbić namiot i tam żyć. No ale niestety nie u mnie. U mnie wszystkie okoliczne Biedry waniają kwasem żulerskiej szczyny, nie mają parkingów, więcej – nie mają podjazdów na wózek. A ostrygi i wina niezmiennie stoją na półce.
Nic nie rozumiem.  

K. mówi, żebym wreszcie zaczaiła, że oni nas tam nie chcą i żebym przestała się naprzykrzać. Ale ja lubię czasem wyskoczyć do Biedry. No i te wina, nie? Tej klasy wina, na dole w Delikatesach idą po cztery dychy. Ale zjechać z wózkiem do auta się nie da. Trzeba taszczyć na raty, zaciągając się aromatem tynku nasiąkniętego uryną.
Nie wiem, nie wiem. NIC z tego nie rozumiem.

We wszystkich poradnikach winiarza i innych elementarzach savoir vivre’u stołowego powinna być gwiazdka przy zdaniu, o tym, że wino należy odpowietrzyć na jakąś godzinę przed spożyciem. Gwiazdka ta powinna mieć swą bliźniaczą siostrę w dole strony oraz adnotację, że porada nie dotyczy przełomu sierpnia i września. W tychże miesiącach powinno się nie tylko nie dać winu oddychać – to dalszy ciąg adnotacji – ale także, po otwarciu niezwłocznie wypijać, pić najlepiej duszkiem, a na pewno nie sączyć powoli, subtelnie, odstawiając kieliszek gdzieś na bok, bez nadzoru. No chyba, że się  preferuje wino z wkładką w postaci wesołej gromadki trzepoczących podtopionymi skrzydełkami muszek owocówek.
 
No więc piję niemalże duszkiem i słucham. A słyszę głównie syna mego.

I to będzie wtedy kiedy będę taka malutka, że pół chlebka i masełka na cały dzionek mi wystarczy
– nuci pod nosem Marceli, wczepiając swym robotom nieskończenie wiele kończyn. Fajne jest, jak dziecko bardzo nie rozumie tego, co śpiewa, jak abstrahuje od sensu właściwego. Piosenka o starości, zresztą, gdyby komuś miało umknąć, opatrzona rozwiewającym wątpliwości tytułem jest dla Marcelona opowieścią o tym, że pewnego dnia podmiot liryczny płci żeńskiej stanie się liliputką, bo zestarzenie się i skurczenie jest rzeczą podobnie abstrakcyjną, a zatem podobnie prawdopodobną, co nagłe, baśniowe, zredukowanie swej masy. Fajne jest myślenie czterolatka.
Oprócz Sióstr Wrońskich, Deriglasoffa, Kobiet, Niwei i innych takich, Marceli pasjami słucha Nosowskiej. Z każdego okresu twórczości. Najbardziej lubi te rytmiczne, ostatnie, ale nie pogardzi też Kasią zagubioną sprzed milionów lat. Winna jestem ja wydaje się być Marcelemu sformułowaniem nonsensownym. Winda jestem ja – ma już sens i to głęboki, przecież każdy z nas może stać się windą, zamienić twarz w cyferblat, włosy w metalowe liny i zaśpiewać o tym.
Rany, to przecież takie proste.

- Cześć, żyjecie ? – pytam zwyczajowo, ściągając w przedpokoju buty, zanim się przywitam i wycałuję.
- Żyjemy, ale co to za życie, jak się człowiek babrze we własnym gównie kilka razy dziennie – odpowiada dziadek znad gazety.
(Dziadek ma od kilku lat przetokę jelitową).

Babcia koszmarnie zakrztusiła się jedząc obiad. Po długiej chwili  walenia jej w plecy, podnoszenia rąk do sufitu i zastanawiania się, czy oto nie trwają nasze ostatnie chwile razem, udało się jakoś unormować sytuację.
Za jakiś czas dziadek wyjmuje z barku cytrynówkę, kładzie na stole dwa kieliszki i mówi:
- Byłoby szkoda, gdybyś dziś, Danusiu, wykitowała, bo ta cytrynówka jest naprawdę niezła.

Babcia namawia mnie, żebym golnęła sobie łyczka cytrynówki, mimo że jestem kierowcą.
Mówię jej, że nie chcę mieć do czynienia z organami ścigania. Dziadek popiera mnie:
- Masz rację Ewuniu! Oby jedynym organem, z którym masz do czynienia był organ twojego męża.

-Pewnego dnia, wiecie, stwierdziłam, że trzeba zacząć wszystko na nowo. Rzucić wszystko i zrobić to, o czym się marzyło przez całe życie. A ja zawsze chciałam pojechać do Australii. No i właśnie jadę. Czuję, że to jest właściwe miejsce – usłyszałam po drugiej stronie stołu.
Kobieta, chyba nieco ode mnie starsza, siedziała naprzeciw i opowiadała o wewnętrznej przemianie świeżo poznanym osobom. Stanowiła gościa bonusowego, kogoś na doczepkę. Znam ten casus, moja matka często prócz męża zabierała na różne imprezy siostrę, która nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. I ta laska też była taka „dodatkowa”. Pozostali goście mieli ławo nakreślone role – byli żonami i mężami, mamusiami i tatusiami, a także liczną dzieciarnią. A ona – nie wiadomo.  

Były to urodziny M.
Sceneria, jaką jubilatka wyprodukowała w swoim ogrodzie była iście idylliczna, kilka stołów zespolonych obrusami pod gołym niebem, uginających się pod ciężarem pyszności, wielki zbiornik wodny dla dzieciarni i cała masa innych bachorzęcych utensyliów, białe, tkaninowe zadaszenie, bezustannie poruszane wiatrem. Było mi dobrze, sączyłam dobre wino, Marceli bujał się na jednej z huśtawek. Włączyłam tryb biernego słuchacza, Bonusowa Laska popierdywała swoje dyrdymały o nadchodzącej rewolucji, kiwałam łbem jak piesek za tylnią szybą Wartburga, rytmicznie i bez przekonania. W międzyczasie odnotowałam kątem ucha, że pytała K. o nasz adres. Obiecała kartkę z kangurem, jak już wyląduje na ziemi obiecanej. Brzmiało osobliwie, ale dla absolwentów kierunków humanistycznych – w sumie nic takiego. Na studiach spotkaliśmy się z taką ilością różnej  maści wariatów, że naprawdę niewiele nas zdziwi. A ponieważ każda impreza kiedyś się kończy, skończyła się i ta, pożegnaliśmy się zapakowaliśmy syna do auta i pomknęliśmy na chawirę.  

Za jakiś czas przyszedł list.
Był dość gruby.
Intrygujące, zważywszy, że pisuje do nas głównie Plus, Dialog, EnergiaPro oraz kilka banków.

- Xyz… – odczytał K. personalia nadawcy.
- Ki chuj? – spytałam z godnością.  

K. patrzył na mnie, a ja na niego. (Kochać to wcale nie znaczy patrzeć w tym samym kierunku, wiedziałam o tym już dawno). Otwieramy kopertę, a tam odręczne wynurzenia. Pismo drobnym maczkiem okala niewidzialny dla nas kwadrat. Na odwrocie wyniki badań krwi. Przeciwciał nie stwierdzono, nie wiem czy mam się cieszyć. Treść listu jeszcze dziwniejsza niż forma, właściwie KOSMICZNA. O jakimś doktoracie, cudownym promotorze i nadziei na nasze wsparcie. (Ke?) Prócz tego mnóstwo ulotek reklamowych z miasta R. oraz kartka z psem, a na odwrocie przeprosiny, że to nie kangur.
- Ale jazda, co? Jak dla mnie ostra schizofrenia.
- Łał – odrzekłam inteligentnie.

Do tej pory dostaliśmy trzy listy. Jeden dziwniejszy od drugiego. Mnóstwo ulotek. Tipsy. Fryzjer. Salon Fitness. Kursy językowe. I plan miasta R. Zapraszająco.
K. polecił mi wszystko odłożyć na kupkę z makulaturą. A ja zostawiłam. Z wariatami nigdy nic nie wiadomo, może się przydać jako dowód.


  • RSS