-Pewnego dnia, wiecie, stwierdziłam, że trzeba zacząć wszystko na nowo. Rzucić wszystko i zrobić to, o czym się marzyło przez całe życie. A ja zawsze chciałam pojechać do Australii. No i właśnie jadę. Czuję, że to jest właściwe miejsce – usłyszałam po drugiej stronie stołu.
Kobieta, chyba nieco ode mnie starsza, siedziała naprzeciw i opowiadała o wewnętrznej przemianie świeżo poznanym osobom. Stanowiła gościa bonusowego, kogoś na doczepkę. Znam ten casus, moja matka często prócz męża zabierała na różne imprezy siostrę, która nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. I ta laska też była taka „dodatkowa”. Pozostali goście mieli ławo nakreślone role – byli żonami i mężami, mamusiami i tatusiami, a także liczną dzieciarnią. A ona – nie wiadomo.  

Były to urodziny M.
Sceneria, jaką jubilatka wyprodukowała w swoim ogrodzie była iście idylliczna, kilka stołów zespolonych obrusami pod gołym niebem, uginających się pod ciężarem pyszności, wielki zbiornik wodny dla dzieciarni i cała masa innych bachorzęcych utensyliów, białe, tkaninowe zadaszenie, bezustannie poruszane wiatrem. Było mi dobrze, sączyłam dobre wino, Marceli bujał się na jednej z huśtawek. Włączyłam tryb biernego słuchacza, Bonusowa Laska popierdywała swoje dyrdymały o nadchodzącej rewolucji, kiwałam łbem jak piesek za tylnią szybą Wartburga, rytmicznie i bez przekonania. W międzyczasie odnotowałam kątem ucha, że pytała K. o nasz adres. Obiecała kartkę z kangurem, jak już wyląduje na ziemi obiecanej. Brzmiało osobliwie, ale dla absolwentów kierunków humanistycznych – w sumie nic takiego. Na studiach spotkaliśmy się z taką ilością różnej  maści wariatów, że naprawdę niewiele nas zdziwi. A ponieważ każda impreza kiedyś się kończy, skończyła się i ta, pożegnaliśmy się zapakowaliśmy syna do auta i pomknęliśmy na chawirę.  

Za jakiś czas przyszedł list.
Był dość gruby.
Intrygujące, zważywszy, że pisuje do nas głównie Plus, Dialog, EnergiaPro oraz kilka banków.

- Xyz… – odczytał K. personalia nadawcy.
- Ki chuj? – spytałam z godnością.  

K. patrzył na mnie, a ja na niego. (Kochać to wcale nie znaczy patrzeć w tym samym kierunku, wiedziałam o tym już dawno). Otwieramy kopertę, a tam odręczne wynurzenia. Pismo drobnym maczkiem okala niewidzialny dla nas kwadrat. Na odwrocie wyniki badań krwi. Przeciwciał nie stwierdzono, nie wiem czy mam się cieszyć. Treść listu jeszcze dziwniejsza niż forma, właściwie KOSMICZNA. O jakimś doktoracie, cudownym promotorze i nadziei na nasze wsparcie. (Ke?) Prócz tego mnóstwo ulotek reklamowych z miasta R. oraz kartka z psem, a na odwrocie przeprosiny, że to nie kangur.
- Ale jazda, co? Jak dla mnie ostra schizofrenia.
- Łał – odrzekłam inteligentnie.

Do tej pory dostaliśmy trzy listy. Jeden dziwniejszy od drugiego. Mnóstwo ulotek. Tipsy. Fryzjer. Salon Fitness. Kursy językowe. I plan miasta R. Zapraszająco.
K. polecił mi wszystko odłożyć na kupkę z makulaturą. A ja zostawiłam. Z wariatami nigdy nic nie wiadomo, może się przydać jako dowód.