- Cześć, żyjecie ? – pytam zwyczajowo, ściągając w przedpokoju buty, zanim się przywitam i wycałuję.
- Żyjemy, ale co to za życie, jak się człowiek babrze we własnym gównie kilka razy dziennie – odpowiada dziadek znad gazety.
(Dziadek ma od kilku lat przetokę jelitową).

Babcia koszmarnie zakrztusiła się jedząc obiad. Po długiej chwili  walenia jej w plecy, podnoszenia rąk do sufitu i zastanawiania się, czy oto nie trwają nasze ostatnie chwile razem, udało się jakoś unormować sytuację.
Za jakiś czas dziadek wyjmuje z barku cytrynówkę, kładzie na stole dwa kieliszki i mówi:
- Byłoby szkoda, gdybyś dziś, Danusiu, wykitowała, bo ta cytrynówka jest naprawdę niezła.

Babcia namawia mnie, żebym golnęła sobie łyczka cytrynówki, mimo że jestem kierowcą.
Mówię jej, że nie chcę mieć do czynienia z organami ścigania. Dziadek popiera mnie:
- Masz rację Ewuniu! Oby jedynym organem, z którym masz do czynienia był organ twojego męża.