We wszystkich poradnikach winiarza i innych elementarzach savoir vivre’u stołowego powinna być gwiazdka przy zdaniu, o tym, że wino należy odpowietrzyć na jakąś godzinę przed spożyciem. Gwiazdka ta powinna mieć swą bliźniaczą siostrę w dole strony oraz adnotację, że porada nie dotyczy przełomu sierpnia i września. W tychże miesiącach powinno się nie tylko nie dać winu oddychać – to dalszy ciąg adnotacji – ale także, po otwarciu niezwłocznie wypijać, pić najlepiej duszkiem, a na pewno nie sączyć powoli, subtelnie, odstawiając kieliszek gdzieś na bok, bez nadzoru. No chyba, że się  preferuje wino z wkładką w postaci wesołej gromadki trzepoczących podtopionymi skrzydełkami muszek owocówek.
 
No więc piję niemalże duszkiem i słucham. A słyszę głównie syna mego.

I to będzie wtedy kiedy będę taka malutka, że pół chlebka i masełka na cały dzionek mi wystarczy
– nuci pod nosem Marceli, wczepiając swym robotom nieskończenie wiele kończyn. Fajne jest, jak dziecko bardzo nie rozumie tego, co śpiewa, jak abstrahuje od sensu właściwego. Piosenka o starości, zresztą, gdyby komuś miało umknąć, opatrzona rozwiewającym wątpliwości tytułem jest dla Marcelona opowieścią o tym, że pewnego dnia podmiot liryczny płci żeńskiej stanie się liliputką, bo zestarzenie się i skurczenie jest rzeczą podobnie abstrakcyjną, a zatem podobnie prawdopodobną, co nagłe, baśniowe, zredukowanie swej masy. Fajne jest myślenie czterolatka.
Oprócz Sióstr Wrońskich, Deriglasoffa, Kobiet, Niwei i innych takich, Marceli pasjami słucha Nosowskiej. Z każdego okresu twórczości. Najbardziej lubi te rytmiczne, ostatnie, ale nie pogardzi też Kasią zagubioną sprzed milionów lat. Winna jestem ja wydaje się być Marcelemu sformułowaniem nonsensownym. Winda jestem ja – ma już sens i to głęboki, przecież każdy z nas może stać się windą, zamienić twarz w cyferblat, włosy w metalowe liny i zaśpiewać o tym.
Rany, to przecież takie proste.