W zasadzie nie miało być o winach z Biedronki, tylko o Biedronce samej w sobie.

Jest to dla mnie fenomen doskonałej roboty wizerunkowej, bardzo spójnej i bardzo dobrze przemyślanej. Po nagonce Ryszarda Cebuli i innych tropicieli występku z tefauenowskich kronik niegodziwości tego świata, zarządzający koncernem postanowili mozolną pracą wymazać grzechy naruszonych kręgosłupów, przepuklin i utraconych płodów. Widać znali tę prawdę, że dobry pijar to nie taki, który zafałszowuje rzeczywistość, bo rodacy nie są tak durni, na jakich wyglądają, tylko taki, który podkreśla atuty. Ponieważ atutów w sumie brakowało, trzeba było je dorobić. I tak zaproszono do współpracy renomowanych podwykonawców i zaczęto trąbić, że jakość biedronkowych wyrobów jest mega w pyteczkę i właściwie nie ma po co jeździć do Piotra i Pawła. Poza tym jest dużo taniej. W tym samym czasie rozpoczęto intensywne szeptanie, że w Biedrze zajebiście płacą. Oczywiście jak na dyskont spożywczy. I w ogóle jest mega, Jim Jarmusch, Nieustające Wakacje.

Równolegle marketingowcy obmyślili kto jest grupą celu dla Biedry i pojechali z kampanią prostą, całkiem zabawną, zrozumiałą dla przeciętnych Paździochów, a jednakowoż nie obrażającą nieco bardziej wysublimowanych intelektualnie konsumentów.

I wszystko byłoby naprawdę godne najwyższego podziwu, gdyby nie fakt, że to, co zastaję w sklepie (na sklepie, jak mówią autochtoni) trochę przeczy tej żmudnej robocie. Powoduje taki, no, dysonans. To znaczy – grupa celu. Kim oni są? Okej, to głównie dziady i menele. Ale kurwa – dla kogo w takim razie są dobre, naprawdę dobre, wina, ostrygi w puszce, sery długodojrzewające i szynka parmeńska? Mam takie wrażenie, że dziady i menele to skupiają się  na tanim browarze i kaszance.  Nawet taka Halyna, wcale nie-menelica i nie-dziadówa, ot niezamożna prosta kobita, klepiąca schabowe w niedzielę i używająca biedronkowego majonezu do jaj, gdy przyjdą goście, ona też nie kupuje ostryg. Sałatki które dyktuje jej zmysł dobrego smaku bazują raczej na gotowanych kartoflach i cebuli.
Czyli, tak podejrzewam, te „luksusowe” dobre są dla mnie. I dla pana, i dla pani.

Dlaczego, wobec tego, do chuja pana, NIE MAJĄ TAM TERMINALA?? Tak, wiem, żeby zachować dobre ceny. Gówniane tłumaczenie. Gdybym miała do dyspozycji terminal KAŻDORAZOWO zostawiłabym tam jakieś pięćdziesiąt procent więcej niż to się stało w rzeczywistości. Bo wyjmuję te dwie stówy a potem się pocę – starczy, nie starczy? Kurwa, przecież jeszcze wina. Kupiłabym jeszcze ze cztery. Oszfak, ale Vizir do białego, sto kilo, tani rzucili. No ale Vizir i wina to już ponad stówa. Ni chuja, nie mam tyle. Sery długodojrzewające wszystko zeżarły.
I takich jak ja, obawiam się, są rzesze.

Druga rzecz to anturaż okolicy.
Ja wiem, że istnieją megaeleganckie Biedronki, co mają nienaganny parking i ładne okoliczności przyrody i w ogóle nic tylko rozbić namiot i tam żyć. No ale niestety nie u mnie. U mnie wszystkie okoliczne Biedry waniają kwasem żulerskiej szczyny, nie mają parkingów, więcej – nie mają podjazdów na wózek. A ostrygi i wina niezmiennie stoją na półce.
Nic nie rozumiem.  

K. mówi, żebym wreszcie zaczaiła, że oni nas tam nie chcą i żebym przestała się naprzykrzać. Ale ja lubię czasem wyskoczyć do Biedry. No i te wina, nie? Tej klasy wina, na dole w Delikatesach idą po cztery dychy. Ale zjechać z wózkiem do auta się nie da. Trzeba taszczyć na raty, zaciągając się aromatem tynku nasiąkniętego uryną.
Nie wiem, nie wiem. NIC z tego nie rozumiem.