eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2011

Się pozmieniało.
Jest z nami Gucio. 
(Gucio, dygnij ładnie, tylko się nie zaplącz w pępowinę.)
Choć może to krzywdzące, że na wstępie odbieram mu prawo do
bycia Gucią. Wcale nie jest powiedziane. 

Ostatnio byłam w H&M i zaszło mi się na dziewczyńskie i nawet taki
delikatny żal mnie dotknął, że te różowe i pomarańczowe wiewióreczki na
jasnobrązowym tle nigdy nie będą na liście zagadnień modowych na mojej
chawirze. No chyba że podobny sweterek rzucą na damski. Nie, nie czuję się za
stara na takie tematy.
No ale odbiegliśmy od wątku głównego. 


Gustaw jest tradycjonalistą. Gardzi sushi oraz wędzonym łososiem. W ogóle ryby
go drażnią. Lubi zupy, dobrze zabielone dwunastką, kapustę kiszoną z
osiedlowego warzywniaka i chrupiące, soczyste jabłka. Przepada za kaszą
gryczaną, dlatego dziś mu zrobię. Może nawet oszukam system i wplotę weń jakieś
mięsko. Bo mięska też e-e.

Nie czuję nadchodzącej rewolucji, rewolucja już była, jakieś cztery lata temu,
lecz mam różne obawy.
Czy wydolimy z kasą, mając w pewnym momencie jedną pensję
i tysiaka za przedszkole Marcelona do puszczenia pierwszego dnia każdego
miesiąca.
Czy wszystko pójdzie dobrze.
Czy Gustawowi będzie wszystko działało.

Czy organizacyjnie-domowo nie polegniemy.
Czy Marcela entuzjazm nie zmieni się
w poczucie krzywdy, że ktoś go wyrolował z najlepszego miejsca przy cycu.
Nad
tym wszystkim pracuję, na szczęście mamy jeszcze kupę czasu. Przeraża mnie też wizja ewentualnego
wylądowania w szpitalu na podtrzymaniu, z dala od Marcela, jego i moja tęsknota.
Nie wiem dlaczego miałoby tak być, ale w sumie dlaczego nie. Bo pierwsza ciąża
przebiegła modelowo? Statystki zaśmiały się rechotliwie.

Mam wiele obaw, ale może to dobrze wróży. Z Marcelem w brzuchu żyłam w innym
wymiarze. Poza świadomością, że przecież. Na haju, dziewiątej chmurce. A
potem: JEB! Jak sajding w rodzinę Silnego pochyloną nad żeberkami z Hitu.
No więc w związku ze świadomością przesraności może właśnie będzie mniej
przesrane?
Nie wiem czy to tak działa.
Nie mam też czasu na tę całą celebrę, jakiej oddawałam się w dwatysiącesiódmym.
Na trzymanie się za rączki w poczekalni u dochtora S. oraz wspólne wzruszenia
nad kulką na ekranie. Bo w tym czasie wydają bal halloweenowy dla dzieci i
rodziców. No więc skoro w tym czasie matka wisi na
samolocie i przemawia czule do, bądź co bądź konkurenta, to niech chociaż tatuś popląsa po przedszkolnej wykładzince, nieprawdaż.

Czuję ulgę, że to się wreszcie stało i wzruszenie, że jest/będzie nas więcej. 
Oraz strach, który, mam nadzieję, ma wielkie oczy. 
Oraz mam poczucie, że wszystko zmierza tam, gdzie chciałam, by zmierzało,
mając, powiedzmy dwadzieścia trzy lata.

Sporządziłam dwa Excele.
Jeden z gośćmi urodzinowymi Marcelona (ten jakże doniosły jubileusz ma miejsce w połowie listopada), oraz z numerami telefonu mamuś tychże gości. Drugi natomiast bożonarodzeniowy. Co, komu i za ile. Mamy naprawdę sporo ludzi do obkupienia, więc  trzeba się mocno skupić. Excele te widnieją sobie w folderku PLANY, zaraz obok folderku KSIĘGOWOŚĆ DOMOWA.

Następnie przeszłam płynnie do kuchni i stwierdziłam, że na nic nie ma miejsca i, że trzeba dokupić dwie półki. Oraz zapełnić je w trybie natychmiastowym pałętającymi się wszędzie gadżetami, takimi jak słoiki z kaszą, puszki na ciastka (bez ciastek), koszyki na pieczywo i inne duperele, bez których z powodzeniem da się obejść, ale po co, nieprawdaż, po co.

Potem pomyślałam, widząc reklamę systemu PAX, marketingowcy IKEI, wy wiecie jak mnie skłonić do wydatków, pies was trącał, no więc pomyślałam, że w naszym przedpokoju brakuje trzeciej szafy.  A skoro jest promocja to aż grzech PRZYNAJMNIEJ nie zastanowić się nad kupnem.

Następnie przeglądając czasopismo o wnętrzach skonstatowałam, że super to wygląda jak książki ułożone są kolorystycznie. Owszem, to nieco słabe, kierować się wyglądem grzbietów w trudnej sztuce katalogowania zbiorów i sprawić, by żółta okładka Tokarczuk stała obok żółtej pod tytułem JEŚĆ BY SCHUDNĄĆ, tylko dlatego, że są kuzynami barwą, ale Chryste, no, ułożenie książek rzecz nabyta, przecież, odwracalna, nie? Gdy wyłuszczyłam ideę, K. spojrzał na mnie, jak czasem spogląda na swą matkę. A dokładnie parę razy tak na nią spojrzał. Raz, jak spytała, co powiemy dziecku gdy spyta, czemu jest na zdjęciach z naszego ślubu. Drugi, jak spytała, czy myjemy owoce, zanim je spożyjemy. Trzeci i czwarty – nie pamiętam, ale musiało być to coś równie durnego. I tak przeforsował opcję – książki tylko tematycznie.

Ale mnie wciąż swędziało.

Poukładałam syropki. Od kaszlu, od gorączki, od luźnego stolca. Pigułki też. Nie, nie kolorystycznie. Urosept głupio by wyglądał taki sam jak palec, nie ma więcej nic niebieskiego.  

Jeśli jednak myślicie, że mam porządek na chawirze to się bardzo serdecznie mylicie. Straszliwy rozgardiasz oraz, wstyd mówić głośno, nawet lepiące miejsca na podłodze. Jednak powoli-powoli znajdę wszystkiemu miejsce i usystematyzuję.
Bo jak się ma burdel we łbie to porządek na zewnątrz bardzo pomaga.


  • RSS