Zaprawdę powiadam. Zen można wypracować niezależnie od postawy początkowej
Marceli przerabia właśnie trzecie kiblowanie na chacie (w ciągu ostatniego półtora miesiąca), w tym dwa były antybiotykowe, poważne, to ostatnie jakby mniej, ale nie chwalmy dnia przed zachodem, nieprawdaż. W międzyczasie stracił nam się przefajny wyjazd w Tatry, kliknięty nieopatrznie na portalu z okazjami (teraz już wiem, że dla bezdzietnych), a aktualnie drżę o sobotni kinderbal. Bo niby idzie ku dobremu to kiblowanie trzecie, ale nie chwalmy dnia.
To pierwszy taki prawdziwy kinderbal w Marcelona życiu, więc nie ma to tamto. Motyw przewodni – rycerze. (I księżniczki, ale to jakby mniej istotne). Będzie dużo dzieciarni, dużo słodkiego, gry i zabawy. Zakład Kolorowe Misie się produkuje, a ja mam zen. No, nie do końca. Swoje odstać nad piekarnikiem muszę, no ale nie może być wszystko na gotowe, taka bogata jeszcze nie jestem.

Życie leci mi przez palce, zapierdala jak szalone. Wczoraj biały welon, jutro białe włosy. Wczoraj cycki zeżarte do kości bez szans na regenerację, dziś jak spod skalpela bardzo zdolnego chirurga. Naprawdę, dla takich cycków mogłabym łazić w ciąży całe życie.
Gutek coraz częściej jawi mi się Gustawą. Nie mamy imienia dla Gustawa, jeśli okaże się egzemplarzem z cipką, ale nie mnóżmy problemów przed chwilą prawdy na ekranie ultrasonografu.
W ogóle ta ciąża jest nieco inna, ale nie wiem ile zależy od hormonalnego haju i jego braku, obawiam się, że sporo. Nie przypominam sobie zjazdów, takich, że muszę legnąć bo zejdę na terakotę, aż tak silnych nudności (na szczęście i teraz bezowocnych – nie znoszę rzygać, dlatego prędko nauczyłam się rozpoznawać moment graniczny, gdy degustuję trunki procentowe), no i mięśnie nie te same. Brzuch wyszedł szybciej niż wtedy i nawet pępek ma wylane na konwenanse. Poza tym może być, aczkolwiek, żebym tak na co dzień przejmowała się jakoś specjalnie faktem istnienia Gustawa, to skłamałabym twierdząc. Dopadł mnie taki trochę linetyzm. Może trochę wcześnie, ale z dwojga złego.
A może to listopad. Nie żeby jesienna depresja, w żadnym wypadku, taki bardziej właśnie zen.

Mamy wesele w Sylwestra. Jest taki interesujący obyczaj rodaków ze Ściany Wschodniej – ślub dokładnie 365 dni po zaręczynach, a że chłopcu się zebrało na odwagę po kilku sylwestrowych głębszych, wszyscy musimy cierpieć. To znaczy nie ma tragedii, każda okazja jest dobra żeby kupić sobie nową kieckę, a skoro kieckę to i buty, pytanie tylko kto mi w grudniu (GRUDNIU) na to da. Chyba Visa Gold. Ma ona jednak tę szkaradną wadę, że trzeba potem dziwkę spłacić. No ale nowy okres rozliczeniowy to będzie, więc Asosie, here I come!

Tęsknię za moim Misiem-Zdzisiem, bo stacjonuje u teściów, by rodzice mogli sumiennie dbać o przychód.
Marcelon jest taki fajowy! Mówi, że plemniki są spoko, a komórki jajowe bleee, co może nie należy do bardziej rezolutnych wypowiedzi świata, ale gdyby tak napisał na łolu to bym mu kliknęła lajka.
Jest zajebisty, naprawdę udany dzieciak.