eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2011

Jak zwykle jestem obżarta, przeżarta.
Ale wyjątkowo NIC nie widać!
Nie muszę zamartwiać się zanikającą talią, bo talia to pojęcie historyczne, była, ale się zmyła, mam teraz z przodu dość foremny bębenek, w bluzkach o cienkiej tkaninie i lejącej fakturze obnażający sterczący pępek,  nic to nowego niby, ale przynosi względną przyjemność z posiadania. Podoba mi się ciało ciążowe, oczywiście dopóki ciąża jest młoda i niespecjalnie inwazyjna dla urody. Przynamniej w moim mniemaniu.
Potem zaczyna się bebech żyjący własnym życiem, podkręcony hormonami księżycowy krajobraz ud i pośladków, spuchnięte kostki, bordowe otoczki brodawek osiągające fi talerzyka deserowego i bufet roniący raz po raz pierwsze łzy życiodajnego, tłustego białka. Ot, biologia.

No, ale odbiegło mi się od wątku świątecznego. Bardzo lubię święta, choć nie znoszę tego nieustannego przemieszczania. Ani przez chwilę człowiek nie może wciągnąć na dupę szarego dresa Fruit of the Loom pamiętającego początki liceum i sklep firmowy na górze ekscentrycznego Solpolu, do którego chodziło się popatrzeć i pojeździć schodami. Ani przez chwilę nie da się wyciągnąć przed siebie nienajświeższych gir w puchatej skarpecie. Cały czas tylko wpierdalanie i napierdalanie. Nierzadko też jakaś słowna jatka. Nie, żebym się brzydziła – bardzo lubię wszelkie formy mielenia językiem, ale lubię też czasem NIE mielić, mieć święty spokój i wszystko w dupie. Nie robić sobie z rana tapety i pozwolić dziecku nakarmić się tym, co znajdzie.   
No ale święta to święta. Trzeba spiąć dupę i pocierpieć.  Za miljony. To nieodłączny element świąt.
Zresztą  - czyż nie ze wszystkim, co dobre, piękne i pożądane tak właśnie jest? Weźmy pierwsze lepsze z brzegu macierzyństwo. O, albo małżeństwo. Albo bycie jednostką dorosłą i niezawisłą. Przesrane, ale biegu zdarzeń nie cofnąłbyś za Chiny.  
Tak też jest ze świętami – nie mogę się odciąć, położyć na systemie laski.
Nie mogę, a przede wszystkim nie chcę.

Ponieważ życie w pędzie rozłupuje mi czaszkę, wyrzyma mózg, a także niweczy zen, postanowiłam zredukować prędkość ze stu sześćdziesięciu na sto pięćdziesiąt osiem. Czyli tendencja jest dobra. Może w okolicy emerytury, o ile sobie na nią kiedykolwiek odłożę, uzyskam pożądaną wartość, czyli taką osiedlową. Trzydzieści.

Jakżem tego dokonała? Proste. Nie dałam się świętom. Prezenty, a mam ich do kupienia w chuj i jeszcze kilka, zaczęłam kompletować z początkiem października. Dokładnie wtedy, gdy pojawiły się pierwsze kalendarze adwentowe w Lidlu. Wszyscy się pukali w czoło, że powariowały te szwabskie pomioty, ale nie ja. Ja, nosicielka germańskiego genu, przyklasnęłam z zadowoleniem. Polityka jest słuszna – życie popierdala bezlitośnie i nie pyta z troską, czy aby nadążamy. Nie nadążamy. Pieczenie pierników-święcenie jaj-sraczka w biurze podróży-pierniki. I tak w kółko.
No więc niechże te święta będą zauważalne, niech potrwają trochę. A nie tylko galop na pasaż handlowy, galop po kuchennej terakocie, galop między trzema domami trzech oczekujących nas rodzin. Takiego wała!

I tak z początkiem grudnia excelowski pliczek pod tytułem PREZENTY był w stu procentach zrealizowany. Potarłam dłonią o dłoń, pozbywając się mikrodrobin kurzu. Potem nastąpiło skompletowanie listy żarcia. Raz wybyłam z roboty po minerałkę i pieczywo, i sru, mimochodem wyszłam z torbą bakalii. Potem znów coś, jakaś poczta, jakieś coś zupełnie z innej beczki, ale zaszło mi się po chałkę do piekarni. Myślę – piękne ma warkocze, kruszonkę nielichą, zamrożę i będę mieć w dniu wigilijnym bezstresowe makiełki bez opuszczania chawiry. Potem przyczaiłam się na chłopów z leśną ścinką. Matka mi mówi, że spokojnie, że nie ma się co rzucać na te pierwsze. Ale ja wiem swoje, im szybciej załatwię, tym szybciej zoczę jak się szmata posypie. (Oczywiście oby nie.)
No i mam. Święta pasteryzowane, bez konserwantów. Podważę tylko wieczko rano dwudziestego czwartego.

Gustaw rośnie i rosnę ja.
Nabywałam  wczoraj sylwestrową kreację i trochę skonfundowało mnie to, co dostrzegłam w haendemowym zwierciadle. Nóżki w normie, rączki w normie, dupa też jeszcze w ryzach, ale, kurwa, ten froncik! Krowa dojna to mało.
Jednakże szybko zapomniałam o sprawie, gdyż rzuciło mną na dział noworodkowy i dałam się naciągnąć na kilka uniseksów, choć przecież oboje to wiemy, nie Gutek?, jak stoją sprawy. No ale pomyślcie – body w małe liski!!! Liski!!! Śliczne, małe, bezbronne. Z kitami. Jak mogłam przejść obojętnie.

Jutro ubieramy choinę. Tak, żeby postała trochę, żeby święta zauważyć. Odnotować. Ja tam lubię święta, choć męczą bardziej niż cokolwiek. Nie no znam parę historii, które potrafią zmęczyć bardziej, jedna z nich czeka mnie już późną wiosną.

Myślałam, że stosunek do Gustawa mam taki raczej życzliwie taśmowy, jednakże pomyliłam się ogromnie. Dziś miałam okazję przeliczyć mu wszystkie paluszki, zobaczyć jego stoicki spokój (zen?), jakże odmienny od nieposkromionych harców starszego brata na podobnym etapie, wysoko ocenić piękny profil, a także uznać, że to, co determinuje nas w znacznej mierze wygląda bardziej na penisa.
Choć operator ustrojstwa powiedział, że to jeszcze o niczym nie świadczy. Udałam, że nie słyszę tej asekuranckiej formułki i zryczałam się jak pojebana. Marzę o drugim synu, co poradzę.

Przyszłam do domu i nastrój miałam bardzo podniosły. I wtedy zobaczyłam masę papierowych lampionów unoszących się nad Mostami i mnóstwo ludzi nad Odrą, puszczających kolejne i kolejne. Pomyślałam, że dawno nie widziałam czegoś równie zachwycającego.
A leciało Satelite of love.

Marcelus jest cudny.
Mamo, nie dźwigaj, nie mozes, zawołaj tatusia.
Mamo, a biezes lekalstwa cionzowe?
(> kwas foliowy)
Mamo, zmencylaś sie. Tu sie połus.
Dziecko, mogłabym Cię żreć chochlami.

Zamierzenia weekendowe, zakładające oczywiście, że Marcelon nie wywinie jakiegoś numeru zdrowotnego, mam takie, że zaczynamy się krysmasić. W planach jest: pieczenie hurtowej ilości ciastek korzennych, wypad na jarmark świąteczny do Rynku, wychlanie całego grzańca bezalkoholowego z Ikei a także przesłuchanie wszystkich ulubionych płyt bożonarodzeniowych.
Mam wrażenie, że dziś – bo Gustaw i te lampiony – zaczął się świąteczny czas.

Mógłby jeszcze spaść śnieg, ale no naprawdę, nie przeginajmy.


  • RSS