Myślałam, że stosunek do Gustawa mam taki raczej życzliwie taśmowy, jednakże pomyliłam się ogromnie. Dziś miałam okazję przeliczyć mu wszystkie paluszki, zobaczyć jego stoicki spokój (zen?), jakże odmienny od nieposkromionych harców starszego brata na podobnym etapie, wysoko ocenić piękny profil, a także uznać, że to, co determinuje nas w znacznej mierze wygląda bardziej na penisa.
Choć operator ustrojstwa powiedział, że to jeszcze o niczym nie świadczy. Udałam, że nie słyszę tej asekuranckiej formułki i zryczałam się jak pojebana. Marzę o drugim synu, co poradzę.

Przyszłam do domu i nastrój miałam bardzo podniosły. I wtedy zobaczyłam masę papierowych lampionów unoszących się nad Mostami i mnóstwo ludzi nad Odrą, puszczających kolejne i kolejne. Pomyślałam, że dawno nie widziałam czegoś równie zachwycającego.
A leciało Satelite of love.

Marcelus jest cudny.
Mamo, nie dźwigaj, nie mozes, zawołaj tatusia.
Mamo, a biezes lekalstwa cionzowe?
(> kwas foliowy)
Mamo, zmencylaś sie. Tu sie połus.
Dziecko, mogłabym Cię żreć chochlami.

Zamierzenia weekendowe, zakładające oczywiście, że Marcelon nie wywinie jakiegoś numeru zdrowotnego, mam takie, że zaczynamy się krysmasić. W planach jest: pieczenie hurtowej ilości ciastek korzennych, wypad na jarmark świąteczny do Rynku, wychlanie całego grzańca bezalkoholowego z Ikei a także przesłuchanie wszystkich ulubionych płyt bożonarodzeniowych.
Mam wrażenie, że dziś – bo Gustaw i te lampiony – zaczął się świąteczny czas.

Mógłby jeszcze spaść śnieg, ale no naprawdę, nie przeginajmy.