Ponieważ życie w pędzie rozłupuje mi czaszkę, wyrzyma mózg, a także niweczy zen, postanowiłam zredukować prędkość ze stu sześćdziesięciu na sto pięćdziesiąt osiem. Czyli tendencja jest dobra. Może w okolicy emerytury, o ile sobie na nią kiedykolwiek odłożę, uzyskam pożądaną wartość, czyli taką osiedlową. Trzydzieści.

Jakżem tego dokonała? Proste. Nie dałam się świętom. Prezenty, a mam ich do kupienia w chuj i jeszcze kilka, zaczęłam kompletować z początkiem października. Dokładnie wtedy, gdy pojawiły się pierwsze kalendarze adwentowe w Lidlu. Wszyscy się pukali w czoło, że powariowały te szwabskie pomioty, ale nie ja. Ja, nosicielka germańskiego genu, przyklasnęłam z zadowoleniem. Polityka jest słuszna – życie popierdala bezlitośnie i nie pyta z troską, czy aby nadążamy. Nie nadążamy. Pieczenie pierników-święcenie jaj-sraczka w biurze podróży-pierniki. I tak w kółko.
No więc niechże te święta będą zauważalne, niech potrwają trochę. A nie tylko galop na pasaż handlowy, galop po kuchennej terakocie, galop między trzema domami trzech oczekujących nas rodzin. Takiego wała!

I tak z początkiem grudnia excelowski pliczek pod tytułem PREZENTY był w stu procentach zrealizowany. Potarłam dłonią o dłoń, pozbywając się mikrodrobin kurzu. Potem nastąpiło skompletowanie listy żarcia. Raz wybyłam z roboty po minerałkę i pieczywo, i sru, mimochodem wyszłam z torbą bakalii. Potem znów coś, jakaś poczta, jakieś coś zupełnie z innej beczki, ale zaszło mi się po chałkę do piekarni. Myślę – piękne ma warkocze, kruszonkę nielichą, zamrożę i będę mieć w dniu wigilijnym bezstresowe makiełki bez opuszczania chawiry. Potem przyczaiłam się na chłopów z leśną ścinką. Matka mi mówi, że spokojnie, że nie ma się co rzucać na te pierwsze. Ale ja wiem swoje, im szybciej załatwię, tym szybciej zoczę jak się szmata posypie. (Oczywiście oby nie.)
No i mam. Święta pasteryzowane, bez konserwantów. Podważę tylko wieczko rano dwudziestego czwartego.

Gustaw rośnie i rosnę ja.
Nabywałam  wczoraj sylwestrową kreację i trochę skonfundowało mnie to, co dostrzegłam w haendemowym zwierciadle. Nóżki w normie, rączki w normie, dupa też jeszcze w ryzach, ale, kurwa, ten froncik! Krowa dojna to mało.
Jednakże szybko zapomniałam o sprawie, gdyż rzuciło mną na dział noworodkowy i dałam się naciągnąć na kilka uniseksów, choć przecież oboje to wiemy, nie Gutek?, jak stoją sprawy. No ale pomyślcie – body w małe liski!!! Liski!!! Śliczne, małe, bezbronne. Z kitami. Jak mogłam przejść obojętnie.

Jutro ubieramy choinę. Tak, żeby postała trochę, żeby święta zauważyć. Odnotować. Ja tam lubię święta, choć męczą bardziej niż cokolwiek. Nie no znam parę historii, które potrafią zmęczyć bardziej, jedna z nich czeka mnie już późną wiosną.