Jak zwykle jestem obżarta, przeżarta.
Ale wyjątkowo NIC nie widać!
Nie muszę zamartwiać się zanikającą talią, bo talia to pojęcie historyczne, była, ale się zmyła, mam teraz z przodu dość foremny bębenek, w bluzkach o cienkiej tkaninie i lejącej fakturze obnażający sterczący pępek,  nic to nowego niby, ale przynosi względną przyjemność z posiadania. Podoba mi się ciało ciążowe, oczywiście dopóki ciąża jest młoda i niespecjalnie inwazyjna dla urody. Przynamniej w moim mniemaniu.
Potem zaczyna się bebech żyjący własnym życiem, podkręcony hormonami księżycowy krajobraz ud i pośladków, spuchnięte kostki, bordowe otoczki brodawek osiągające fi talerzyka deserowego i bufet roniący raz po raz pierwsze łzy życiodajnego, tłustego białka. Ot, biologia.

No, ale odbiegło mi się od wątku świątecznego. Bardzo lubię święta, choć nie znoszę tego nieustannego przemieszczania. Ani przez chwilę człowiek nie może wciągnąć na dupę szarego dresa Fruit of the Loom pamiętającego początki liceum i sklep firmowy na górze ekscentrycznego Solpolu, do którego chodziło się popatrzeć i pojeździć schodami. Ani przez chwilę nie da się wyciągnąć przed siebie nienajświeższych gir w puchatej skarpecie. Cały czas tylko wpierdalanie i napierdalanie. Nierzadko też jakaś słowna jatka. Nie, żebym się brzydziła – bardzo lubię wszelkie formy mielenia językiem, ale lubię też czasem NIE mielić, mieć święty spokój i wszystko w dupie. Nie robić sobie z rana tapety i pozwolić dziecku nakarmić się tym, co znajdzie.   
No ale święta to święta. Trzeba spiąć dupę i pocierpieć.  Za miljony. To nieodłączny element świąt.
Zresztą  - czyż nie ze wszystkim, co dobre, piękne i pożądane tak właśnie jest? Weźmy pierwsze lepsze z brzegu macierzyństwo. O, albo małżeństwo. Albo bycie jednostką dorosłą i niezawisłą. Przesrane, ale biegu zdarzeń nie cofnąłbyś za Chiny.  
Tak też jest ze świętami – nie mogę się odciąć, położyć na systemie laski.
Nie mogę, a przede wszystkim nie chcę.