eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2012

Sen był bardzo rzeczywisty.
Oraz mocno erotyczny.

Główny jego bohater był wymuskany, śliczny, wydepilowany, pachnący i umięśniony.

Taki lepszego sortu Mariusz. Ale jednak wciąż Mariusz. Nie muszę chyba
zaznaczać, że TOTALNIE NIE MOJA BAJKA. We śnie jednak była to jak najbardziej moja bajka, wymuskanie Mariusza w niczym
mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ochoczo zabrałam się do rzeczy, a
istotą naszego obcowania okazało się, czynione z wielkim oddaniem i
przyjemnością, fellatio.

W tym śnie mój stan cywilny nie odbiegał od rzeczywistego (bo to różnie w snach
bywa), więc miałam poczucie, że zdradzam. Było mi jednak przyjemnie, więc
wzorem Scalett O’Hary odłożyłam myślenie o skutkach na bliżej niesprecyzowaną
przyszłość.

Po serii zbliżeń, w których zajęłam bez protestów, a wręcz z pełną afirmacją, pozycję
klęczącą, poszliśmy z panem Mariuszem Lepszego Sortu przejść się po dzielni i zadać szyku. Wyszłam w piżamie, chcąc podzielić się ze światem wesołą nowiną (że oto
spędziłam cały dzień w alkowie z panem po mojej prawicy). 
Idąc tak, syfiastymi uliczkami z wielkim potencjałem, natknęłam się na pewną strzykającą
jadem znajomą, będącą ucieleśnieniem świętojebliwości oraz wynikającej zeń
frustracji. I ona do mnie, unosząc wysoko brewki:
- A ty co?
No to ja:
- A ja gówno! PIERDOLĘ SIĘ Z TYM PANEM.
Tymi słowy jej odpowiedziałam.
Nie: wiesz, mam romans. Nie: poznaj mojego
przyjaciela
. Nie: Chryste, pod żadnym pozorem nie mów nikomu (że mnie widziałaś
łażącą w piżamie po dzielni za rączkę z wymuskanym Mariuszem Lepszego Sortu)
.
Nie: słuchaj, umówmy się na kawę, to ci opowiem. Nie nie nie. 
Właśnie: PIERDOLĘ SIĘ Z TYM PANEM.
Abstrahując
od interesującego doboru słów, jakimi postanowiłam obwieścić swe ulotne szczęście,
warto zaznaczyć, iż było to wierutne kłamstwo, bo penetracja sensu stricto nie
zaistniała i choć na pewno sprawianie obcemu mężczyźnie przyjemności na
klęczkach z powodzeniem mieści się w definicji nielojalności małżeńskiej, to
jednak PIERDOLENIA w pełnym tego słowa znaczeniu NIE BYŁO.  

I tak sobie łaziliśmy, dzień chylił się ku końcowi, aż tu przypomniało mi się,
że zdrada to niejedyny problem z jakim się przyjdzie uporać. Przecież wyszłam z
domu rano nie mówiąc chłopakom dokąd się udaję i jak długo mnie nie będzie.
Przecież JA MAM SYNA. Przecież on może tęsknić, niepokoić się, płakać.
Wtedy targnął mną potężny szloch.
Spojrzałam na Mariusza Lepszego Sortu i mówię doń:
- Ładny jesteś jak z obrazka i w ogóle świetnie się z tobą bawię, jednak musisz
wiedzieć, że nigdy nie wygrasz z moim synem. To ja lecę. Nara.
I poleciałam co sił w nogach do domu, szlochając na całe gardło.
Drzwi otworzył mi K. i miał twarz Niegdysiejszego.

Wuju Zygmuncie, nie pytam dlaczego tak nieelegancko postąpiłam, skąd wziął się
w tej całej historii Niegdysiejszy i dlaczego rolę sumienia odegrała właśnie
Świętojebliwa, a nie ktoś mi bliższy, z czyim zdaniem liczę się bardziej, 

jedna rzecz mnie niepokoi (wszak tego
kwiatu jest pół światu) – dlaczego mój kochanek był Mariuszem???

Gustaw przeczołguje.
To znaczy nie on sam w sobie, to dobry chłopak, dam głowę, że nie ma na myśli nic złego.
Niemniej jednak.
Od mniej więcej połowy listopada cierpię na swą zaprzyjaźnioną, możnaby rzec  przypisaną memu istnieniu, przypadłość. I wszystko okej, mogę pocić się obficie upuszczając urynę, mogę czuć ten cały tercecik: pieczenie-kłucie-napierdalanie, ale niechże wtedy nie będę w ciąży i niechże nie dotyczą mnie ograniczenia wytłuszczone na ulotkach środków farmakologicznych. Mam już za sobą baterię antybio, niby dozwolonego w dwupaku, ale niesmak pozostał, baterię słynnego ruskiego wynalazku barwiącego mocz na intrygujący oranż i inne uro-specyfiki. Pomagają na chwilę. Biorę, idę, badam, wyniki jakby lepsze, dochtór S. mówi – odstawiamy, nazajutrz cały garnitur tortur z powrotem na tapecie.
W międzyczasie, wypłukawszy resztki magnezu, dostaję serii skurczy kończyn, które budzą mnie kilka razy w nocy i nie odpuszczają dopóki nie spędzę kwadransa kuśtykając po chawirze, ku wielkiej nadziei Ireny, że oto ktoś postanowił dobrodusznie zadbać o jej kocią potrzebę igrzysk. (zejdź mi z drogi, sierściuchu). Rano mam obolałe łydki oraz stopy, a to doprawdy nic, bo skurcze łapią też w dzień, na przykład za kierownicą. To zabawne, jak mocno można wdepnąć gaz, gdy zachodzi potrzeba ulżenia pokurczonemu śródstopiu.

Ale skupmy się na pozytywach.

Byłam wczoraj na balu. No, dobra, nie na balu, tylko urodzinach kumpla, męża przyjaciółki. Ponieważ nie mogłam oddać się karnawałowi w stylu, który preferuję, dużo żarłam i błyskałam cekinami. Normę w spożywaniu substancji procentowych wyrabia ostatnio K., tak więc gdyby wyciągnąć z tego jakąś średnią dla nas dwojga, wyniki są wciąż imponujące i nikt nie zarzuci nam, że uszczuplamy budżet państwa. Wręcz przeciwnie – tankujemy diesla za całe pięć osiemdziesiąt i, nad czym bardzo ubolewam, wszelkie obecne dochody mamy objęte czułym skrzydłem fiskusa. Brzydzi mnie to, gdyż uważam, że naszym oczywistym obywatelskim obowiązkiem jest rżnąć państwo, skoro ono z takim upodobaniem rżnie nas, ale nic nie pocznę.
Na razie nie mam pomysłów. Może na wychowawczym trafi się jakieś zleconko na czarno. Będę je czule celebrować. Z lubością też rozwiodłabym się, by pobrać należne datki dla samotnej, ale za dużo zachodu za ten żenujący ochłap.

Wczoraj Gustaw okazał swe genitalia i wszystko wskazuje na to, że w tej historii zabraknie szokujących zwrotów akcji, przynajmniej jeśli idzie o płeć. Ma imponujące przyrodzenie, zupełnie jak starszy brat, a także, zupełnie jak on, piękny, pucołowaty profil.
Marceli przyglądał się bratu z analitycznym chłodem i powagą. Wyraźnie dostrzegał, co jest czym i z opanowaniem relacjonował swe odkrycia. Ja nie byłam opanowana, leżałam na kozetce z rogalem, a łzy wsiąkały w pukle zatknięte za uszami. K. wyglądał zaś, jakby obwieszczono mu coś, co było jasne dlań jak słońce. Dla mnie w sumie też Gutek był Gutkiem, jak Marcel Marcelem. Inne rozwiązania budziły tylko popłoch.

No ale żeby nie było tak słodko, mam za sobą dwie noce rzygawicznych chlustów w dal i żywię nadzieję, że ta nadchodząca przyniesie przełom. Się obżarło dziecko weselno-poprawinowych wiktuałów i haftnie mu się czasem. Szkoda, że to czasem wypada w godzinach nocnego spoczynku.

A wesele na Wschodzie było bardzo… wschodnie. Na bogato, znaczy.  
Fontanny czekoladowe, owoce morza i własnoręcznie pędzone alkohole, własnoręcznie w kiszki ładowane kiełbasy, raki – sraki, wymieńcie cokolwiek, a ja powiem – było. (No, dobra nie było kawioru).  
Towarzystwo przemiłe i w ogóle byłoby w pyteczkę, ale jednak abstynent, szczególnie ten z musu, a nie z przekonania, nigdy w pełni nie zatrybi z pijącymi, bo jak powiedziała jedna Znajoma: z dobrą zabawą bez alkoholu jest jak z Yettim – niby mówią, że istnieje, ale nikt nie widział. To raz, a dwa – wymęczyło mnie to czterodniowe tournee bez opcji rozwalenia się w dresie z Wysokimi Obcasami przed nosem. Z biegu świątecznego przeszłam płynnie w poranne wstawanie do biura, a z niego z kolei – w sylwestrowe dziamdzianie z cioteczkami i kuzynostwem w pełnej tapecie z nóżką na nóżkę.
Potem, gdy już po całym dniu jazdy wylądowałam w domu słodkim domu, pozostało położyć się, by za chwilę ładować do pralki zarzygane piernaty, piasek mając pod powieką, za kolejnych zaś parę chwil – wbijać się w biurowy outifit. (Który, na szczęście, w moim przypadku, nie polega na ołówkowej spódnicy i żakieciku, lecz szloch za dresem wciąż nieutulony!)
JESTEM ZMĘCZONA.

Wymęczyła mnie także pewna sytuacja z ostatnich dni.

Tak to się weselą ci ze Wschodu, że przedkładają weselenie ponad wszelkie obciążenia.
Bo, że dzieci obciążają człowieka to wiadomo, jasna sprawa. Dzieciary są kulą u nogi, a już ołowianą kulą, jak człowiek chce się beztrosko zabawić. Te szuje małe zrobią wszystko, by przeszkodzić. Co można zatem zrobić w tej sprawie, skoro żaden z członków rodziny nie może pełnić roli babysittera, gdyż również ma silny imperatyw weselenia się do białego ranka? (Oraz, rzecz jasna, jest zaproszony, co przy trzystu gościach to raczej nic zaskakującego – WSZYSCY SĄ ZAPROSZENI). No więc: co można uczynić z tym uciążliwym bagażem, wydanym, może nazbyt pochopnie, na świat trudny do zaakceptowania i bez jego obecności?
Można na przykład zostawić w hotelu oddalonym nieco od sali weselnej i bawić się jak za młodu!
Tak beztrosko pomysłowa okazała pewna para lekarzy ze strony Panienki Młodej.
Dobijałam się do ryczącego spazmatycznie dziecięcia parę dobrych minut, a upewniwszy się, że nikt nie podejdzie i nie otworzy mi, doznałam pęknięcia żyłki i ruszyłam na pełnym wkurwie do weselnej sali, by wparować na scenę i rozkazać orkiestrze natychmiast ogłosić ten trudny do ogarnięcia fakt. Orkiestra stoicko postanowiła zakończyć trwający numer, zanim przychyliła się do żądania, a następnie wprawiła sprawców niefartownej sytuacji w konsternację, bo okazało się, że żadne z nich nie ma do pokoju klucza. Szukanie klucza zajęło dobry kwadrans (albo i dłużej), dziecko za drzwiami dławiło się własnymi smarkami,  ja dławiłam się współodczuwaniem.
Kładąc się wreszcie, tuliłam Marcela zaborczo i histerycznie i właściwie do teraz chce mi się walić głową w ścianę na wspomnienie. A przecież umówmy się – pozostawienie malutkiego dziecka samego w pustym, ciemnym pokoju i nie pojawianie się na jego rozpaczliwe prośby to nic przy tym, co codziennie dzieje się nieprzemyślanie spłodzonym istnieniom.
Nie mogę o tym myśleć, bo pęka mi czaszka.


  • RSS