Wczoraj Gustaw okazał swe genitalia i wszystko wskazuje na to, że w tej historii zabraknie szokujących zwrotów akcji, przynajmniej jeśli idzie o płeć. Ma imponujące przyrodzenie, zupełnie jak starszy brat, a także, zupełnie jak on, piękny, pucołowaty profil.
Marceli przyglądał się bratu z analitycznym chłodem i powagą. Wyraźnie dostrzegał, co jest czym i z opanowaniem relacjonował swe odkrycia. Ja nie byłam opanowana, leżałam na kozetce z rogalem, a łzy wsiąkały w pukle zatknięte za uszami. K. wyglądał zaś, jakby obwieszczono mu coś, co było jasne dlań jak słońce. Dla mnie w sumie też Gutek był Gutkiem, jak Marcel Marcelem. Inne rozwiązania budziły tylko popłoch.

No ale żeby nie było tak słodko, mam za sobą dwie noce rzygawicznych chlustów w dal i żywię nadzieję, że ta nadchodząca przyniesie przełom. Się obżarło dziecko weselno-poprawinowych wiktuałów i haftnie mu się czasem. Szkoda, że to czasem wypada w godzinach nocnego spoczynku.

A wesele na Wschodzie było bardzo… wschodnie. Na bogato, znaczy.  
Fontanny czekoladowe, owoce morza i własnoręcznie pędzone alkohole, własnoręcznie w kiszki ładowane kiełbasy, raki – sraki, wymieńcie cokolwiek, a ja powiem – było. (No, dobra nie było kawioru).  
Towarzystwo przemiłe i w ogóle byłoby w pyteczkę, ale jednak abstynent, szczególnie ten z musu, a nie z przekonania, nigdy w pełni nie zatrybi z pijącymi, bo jak powiedziała jedna Znajoma: z dobrą zabawą bez alkoholu jest jak z Yettim – niby mówią, że istnieje, ale nikt nie widział. To raz, a dwa – wymęczyło mnie to czterodniowe tournee bez opcji rozwalenia się w dresie z Wysokimi Obcasami przed nosem. Z biegu świątecznego przeszłam płynnie w poranne wstawanie do biura, a z niego z kolei – w sylwestrowe dziamdzianie z cioteczkami i kuzynostwem w pełnej tapecie z nóżką na nóżkę.
Potem, gdy już po całym dniu jazdy wylądowałam w domu słodkim domu, pozostało położyć się, by za chwilę ładować do pralki zarzygane piernaty, piasek mając pod powieką, za kolejnych zaś parę chwil – wbijać się w biurowy outifit. (Który, na szczęście, w moim przypadku, nie polega na ołówkowej spódnicy i żakieciku, lecz szloch za dresem wciąż nieutulony!)
JESTEM ZMĘCZONA.

Wymęczyła mnie także pewna sytuacja z ostatnich dni.

Tak to się weselą ci ze Wschodu, że przedkładają weselenie ponad wszelkie obciążenia.
Bo, że dzieci obciążają człowieka to wiadomo, jasna sprawa. Dzieciary są kulą u nogi, a już ołowianą kulą, jak człowiek chce się beztrosko zabawić. Te szuje małe zrobią wszystko, by przeszkodzić. Co można zatem zrobić w tej sprawie, skoro żaden z członków rodziny nie może pełnić roli babysittera, gdyż również ma silny imperatyw weselenia się do białego ranka? (Oraz, rzecz jasna, jest zaproszony, co przy trzystu gościach to raczej nic zaskakującego – WSZYSCY SĄ ZAPROSZENI). No więc: co można uczynić z tym uciążliwym bagażem, wydanym, może nazbyt pochopnie, na świat trudny do zaakceptowania i bez jego obecności?
Można na przykład zostawić w hotelu oddalonym nieco od sali weselnej i bawić się jak za młodu!
Tak beztrosko pomysłowa okazała pewna para lekarzy ze strony Panienki Młodej.
Dobijałam się do ryczącego spazmatycznie dziecięcia parę dobrych minut, a upewniwszy się, że nikt nie podejdzie i nie otworzy mi, doznałam pęknięcia żyłki i ruszyłam na pełnym wkurwie do weselnej sali, by wparować na scenę i rozkazać orkiestrze natychmiast ogłosić ten trudny do ogarnięcia fakt. Orkiestra stoicko postanowiła zakończyć trwający numer, zanim przychyliła się do żądania, a następnie wprawiła sprawców niefartownej sytuacji w konsternację, bo okazało się, że żadne z nich nie ma do pokoju klucza. Szukanie klucza zajęło dobry kwadrans (albo i dłużej), dziecko za drzwiami dławiło się własnymi smarkami,  ja dławiłam się współodczuwaniem.
Kładąc się wreszcie, tuliłam Marcela zaborczo i histerycznie i właściwie do teraz chce mi się walić głową w ścianę na wspomnienie. A przecież umówmy się – pozostawienie malutkiego dziecka samego w pustym, ciemnym pokoju i nie pojawianie się na jego rozpaczliwe prośby to nic przy tym, co codziennie dzieje się nieprzemyślanie spłodzonym istnieniom.
Nie mogę o tym myśleć, bo pęka mi czaszka.