Rodzice Małgorzaty byli ludźmi młodymi duchem i mieli zainteresowania. A nawet pasje.
Mieli także silne wewnętrzne przekonanie, że weekendów nie warto marnować na zabawę z wnukiem, bo weekend jest od odpoczynku. Tak więc mimo, że Junior dorastał, większość prostych czynności wokół siebie wykonywał samodzielnie i był raczej posłuszny, wciąż kojarzył się bardziej z upierdliwością, niż fajnie spędzonym czasem. 
To miało się jednak zmienić.  
Wedle głośnych zapewnień Bożenki, w tym sezonie dziadkowie zamierzali się aktywnie włączyć w dziadkowanie, poprzez zaszczepianie pasji narciarskiej w młodocianym, chłonnym umyśle. Dzięki trzem skumulowanym w końcu roku okazjom (urodziny, mikołajki, gwiazdka), wyposażyli  Juniora we wszelkie możliwe, przydatne na stoku utensylia.

(Małgorzata uśmiechnęła się z przekąsem na takie dictum, bo doskonale orientowała się w realiach. Postanowiła jednak poczekać na rozwój wypadków, w końcu nadzieja umiera ostatnia.) 

Skończył się grudzień, skończył styczeń, ale żaden przełom nie nastąpił. Niedoszli instruktorzy narciarstwa zajęli się remontem domu, co pochłonęło ich bez reszty. Małgorzata wzruszyła  ramionami i zaaranżowała wyjazd we własnym zakresie. W normalnych warunkach zrobiłaby to z przyjemnością i wielokroć, jednak fakt bycia widocznie brzemienną delikatnie jej przeszkadzał w nałożeniu desek, zaś ojciec Juniora narciarstwem interesował się nieszczególnie.  

 - A będziecie mieć cierpliwość żeby go uczyć? Żebyście go nie zrazili! – wyraziła troskę Bożenka.
Małgorzata w odpowiedzi zgrzytnęła zębami.

- Bo wiesz, myśmy tak sobie myśleli, że w sumie zabralibyśmy Misia, ale przydałoby się, żeby choć jedno z was też tam było, bo jak mu się znudzi, to co? Mamy wracać po 2 godzinach? – Bożenkę wyraźnie uwierała perspektywa dnia z Misiem
Małgorzacie zadrgała powieka.

To takie smutne, że przez cztery z hakiem lata życia wnuka nie poznaliście go na tyle, by wiedzieć co robić, gdy wyrazi znużenie daną czynnością. Że przez tak długi czas nie zauważyliście, że mając zapewnione rozrywki na powietrzu nie potrzebuje nic więcej i szanse, że mu się znudzi są bliskie zeru.
Że jesteście tak niesamodzielni w byciu z wnukiem, że w przedsięwzięcie, o którym napierdalaliście od miesięcy w rezultacie angażujecie nas. Że tak bardzo nie umiecie i nie chcecie być dziadkami.
Że nigdy, ani razu w ciągu tak długiego czasu, nie spędziliście z nim jednego, pełnego dnia.

Ale to Małgorzata powiedziała sobie w eter.
Ponieważ nie mogła odkorkować wina, zajarać szluga, a także nie wychodził jej ostatnio zen, stwierdziła, że pierdoli.
Ale tak na całego.