W piątek koło piętnastej zwykle nie wierzę własnemu szczęściu.
Fakt, że to nie jest definitywny koniec. Jeszcze kilka robótek wieczornych, bo
przecież żeby w miarę dobrze zarabiać na tej naszej zielonej wyspie, w tej naszej
krainie mlekiem i miodem płynącej nie da się pracować standardowe czterdzieści
ha tygodniowo, niemniej już widać światełko. Ono, co prawda, potrwa tyle, co
nic, bo już niedzielne popołudnie skażone jest planowaniem kolejnego tygodnia, no ale jednak jest. Bez niego nie byłoby życia.
Piątek po południu to jeden z najpiękniejszych momentów w tygodniu. Przewaga
wydarzeń w potencji nad ich aktualizacją
jest bezdyskusyjna. Adwent jest fajniejszy niż święta, moment przed
rozpakowaniem prezentów daje więcej radości niż samo rozpakowanie, świadomość
zbliżających się wakacji uwalnia więcej endorfin niż wakacje same w sobie. Że
już nie wspomnę o akcie prokreacji.
No więc wybija ta piętnasta, wiem, że za jakąś godzinę odpalę brykę i podążę ku
względnej wolności.

Chyba, że odpalę JUŻ i podążę w zupełnie nowym kierunku.
Pani Ewo? Marcel spadł z drabinki na placu zabaw i bardzo płacze, że go boli,
nie mogę go uspokoić.

Kilka minut później wpadam do placówki wczesnoedukacyjnej i widzę żałosny
obrazek – Marcelon w histerycznym szlochu, ręka na prowizorycznym temblaku, na
czole śliwka z krwistym rzucikiem, po prawicy pani Be, po lewicy pani O i
wianuszek zaintrygowanych Ladybirds i
Bees.

Teoretycznie, jak znam siebie, powinnam rozpłakać się, zabrać Młodego na ręce,
zataszczyć dwadzieścia kilo do auta, po drodze poczuć, że z tego wysiłku coś mi
cieknie po nodze, wsadzić poszkodowanego do auta i stwierdzić, że chyba rodzę.
Jednak stres robi swoje, umysł rozhisteryzowanej pojebuski staje się umysłem
analitycznym, to pewnie jeden z mechanizmów, które włącza tryb przetrwanie, nie wiem, nie znam się, ja
tu tylko sprzątam, jedno jest pewne: w
takich sytuacjach nie jestem sobą. Owszem, odczuwam jakiś tam szczątkowy ścisk w krtani i nim wymyślę plan
obcałowuję każdy milimetr małej, zaryczanej twarzy, ale wiem już, że:
Dziecko żyje
Dziecko ma kontuzjowaną górną kończynę ergo może przebierać nogami
Dziecko trzeba będzie prześwietlić, a obecność obciążenia, w postaci Dziecka nr2
we mnie, uniemożliwia mi uczestniczenie w przedsięwzięciu
Dziecko ma też ojca, pozbawionego obciążeń w postaci noszonych wewnątrz istnień
i ten ojciec jest mi teraz niezbędny, niezależnie od tego w jak istotnym
zebraniu bierze właśnie udział.

Około dwudziestej jesteśmy w domu.
Marcelon 
dumny i blady ze swego widocznego kalectwa.
K. wkurwiony, że dał syna wsadzić w konwencjonalny, ciężki gips, zamiast pobiec
do apteki po plastik.
Ja – szczęśliwa, że podczas godzin spędzonych na pogotowiu Gustaw był jeszcze w środku. Taki
cichy i pozbawiony roszczeń.
Dzieci w brzuchach są cudownie nieabsorbujące.