- A pani to już chyba niedługo tak pochodzi, co?
Skąd, ja tylko tak wyglądam.
Zażyłość paniami z warzywniaka, paniami z mięsnego i paniami z delikatesów, z przedszkolankami i fryzjerką (z której osiedlowych usług zrezygnowałam, co prawda, na rzecz fancy-Grzegorza, ale do której łażą chłopcy) daje swojskie poczucie życia na prowincji, ale też stawia czasem oko w oko z prawdą. A prawda jest okrutna. Nie, żebym nie miała lustra. Mam i wcale nie wyszczupla, jak w przymierzalniach niektórych sieciówek. Moje lustro nic nie musi sprzedać, więc nie kryguje się, wali prawdę między oczy. Pokazuje dupsko niczym makieta terenów górzystych, wymiona obiecujące, że Gustaw zmieni się prędko w małego buddę i brzuch jak piłka lekarska lekko niedopompowana, tą niedopompowaną stroną doczepiona sprytnie do reszty.
Jestem duża.

- Mamo, ale ci brzuch urósł w nocy! – wita mnie Marceli co rano ze swojego łóżka na wysokościach.
- Serio? – udaję życzliwą gotowość pociągnięcia wątku, ale najchętniej powiedziałabym: a weźże spierdalaj, skarbie. Nie mówię jednak nic, co miałoby negatywne nacechowanie, ma chłopak dobre intencje, interesuje się mną i nadzieniem, nie chcę łamać mu serca oraz siać patologii. 

Naprawdę jestem duża.
Rok temu o tej porze biegałam i jadłam otręby.
Teraz głównie myślę o drożdżówkach z kruszonką i lukrem.
Obiecałam sobie tym razem nie wpierdalać, tylko jeść. Obiecanki-cacanki.

Nie żebym była jakoś zaskoczona. Pamiętam na czym polega ciąża.
Zapłodnienie nie było niepokalane, dziecko rozwija się w mojej własnej, niewypożyczonej, macicy, zero retuszu, efektów specjalnych, fotoszopa, zero umówionych cesarek na życzenie w 35 tygodniu, żeby nie rozejść się na amen. A jednak niska estetyczność tego cudu natury uwiera mnie bardziej niż wtedy. (Możliwe, że wraz bliskim obcowaniem z branżą modowo-wnętrzarską stałam się nadmiernie skupiona na ładności.)

A tu należy się skupić na tym, że wszystko pracuje jak trzeba.
Że łożysko nie przoduje. Że szyjka długa, zamknięta. Że piękna ciąża, książkowa.
- Ale brzuch mam wielki, co? – jęczy moja głowa tuż nad rozłożonymi nogami.
- I co się chwalisz? – zbywa mnie dochtór S.