eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2012

Pragnę podziękować temu oto piczonowi za pienkny podarunek urodzinowy, który można od dziś podziwiać powyżej :)))
 

Pierwsza ciąża, choć bynajmniej nie z zaskoczenia, zastała mnie gdzieś między wódką a zakąską, a dokładniej między dzikim pląsem w Bezsenności, a Jolka Jolka pamiętasz na całe gardło w taksówce.
Dwudzieste piąte urodziny spędziłam w gronie dobrych znajomych tu, w tym samym domu, w którym teraz mozolnie inkubuję Gustawa, domu, który tak bardzo się zmienił przez ostatnie pięć lat. Jednak stół był ten sam, siedziałam przy nim z dwoma kumplami i zastanawiałam się czemu nie jestem w stanie zaciągnąć się Laki Strajkiem, bo ilekroć poczuję smak dymu mam ochotę shaftować się pod siebie.  

Nie mogę powiedzieć, żebym nie wybawiła się przez długie lata edukacji licealno-uniwersyteckiej, a jednak rok później pchając niebieską gondolkę przez nadodrzańskie wertepy pielęgnowałam w sobie uczucie bolesnej straty. Wagarowicze rozpostarci na prowizorycznych legowiskach z kurtek i plecaków, syk otwieranego piwa Książ, słońce, gitara, pijane dziewczyny, chłopcy przy nadziei, łapczywa wymiana śliny, tanie papierosy, nastoletnia spontaniczność. Wszystko to przerabiałam, nie żebym ominęła którykolwiek punkt, ale świadomość, że już tam nie należę i raczej nic tego faktu nie zmieni, sprawiała, że miałam ochotę usiąść i zapłakać.
Żal związany z utratą zawsze powoduje narastanie swoistego bielma. Opłakująca wdowa nie pamięta jak jej nieraz świętej pamięci spuścił wpierdol, a dzieciństwo zazwyczaj widziane jest w lukrowych pastelach, nawet gdy bywało różnie. Ja też wtedy zatraciłam ostrość widzenia. Niemowlę w niebieskiej gondolce, choć zawsze kochane do nieprzytomności, wydało mi się bardziej balastem niż atrakcyjnym centrum nowego wszechświata.
Bielmo skutecznie cyzelowało obrazy: młodzież piła piwo Książ, lecz nikt nie rzygał w sitowiu, piła sobie miło i nikt później nie miał rozłupującego czaszkę kaca, całowała się ślicznie i następnego dnia nikt nie udawał, że nie pamięta, ku boleści tego, co chciał pamiętać, zawalała zajęcia na wiosennym, pięknym słońcu i żadna matka nie darła japy, nie było szlabanów, awantur, wrzasku pełnego nienawiści. I analogicznie, parę lat później, po dwudziestce, studencki hedonizm wcale nie generował rozterek egzystencjalnych w klimacie: quo vadis, co zamierzasz zrobić ze swoim życiem i czy czasem nie przepierdalasz go siedząc w knajpie noc w noc.
Tego wszystkiego nie było. Była tylko utracona wolność.
Tyle widziałam i chciało mi się wyć.

Dziś znów był pierwszy dzień wiosny i jak co roku barwny patchwork zimowych kurtek wyścielał brunatną łąkę nad Odrą. Nie słyszałam syku otwieranych puszek, byłam za daleko i za zamkniętym oknem. Wolność zredukowana do zera, egzystencja scentralizowana wokół wypchanej małym chłopcem macicy i niepokoju, żeby jego desant nie odbył się przedwcześnie.
Widzę ich – wyrzygują wnętrzności, razi ich słońce, liżą się z kim popadnie, są nieszczęśliwie zakochani, albo w toksycznych związkach, samotni, wkurwieni, samotni, wkurwieni, samotni.

Możecie mówić, że wypieram, mydlę sobie oczy, bo nie mam innego wyjścia, że oni młodzi, a ja kostropata, oni wolni, a ja zniewolona, ale przysięgam – W ŻYCIU nie chciałabym tam wracać.

Jakie to uroczo ironiczne, że nie tak dawno pisałam o tym jak nieabsorbujące są dzieci wewnętrzne. No, rąk może nie łamią, ale nie jest też tak, że pozwalają mieć i realizować plany. W piątek mój drugi syn, Gustaw, okazał się indywidualistą o silnie ugruntowanej opinii na temat tego, jak powinien wyglądać nadchodzący weekend. A zapowiadał się malowniczo. W piątkowy wieczór wybywałam bowiem na damską plotę, a w sobotę szykowałam kameralną fetę przypieczętowującą nadchodzący okrągły jubileusz mych narodzin. Menu sobotnie od kilku dni wisiało przyczepione magnesem do lodówki subtelnie podsycając ekscytację.

W czwartek, czwartego dnia zachłyśnięcia chowem wolnowybiegowym oraz niestrudzonego realizowania Planu poczułam, że coś jest lekko nie halo w bebechach. Stwierdziłam, że muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi. Rano w piątek uznałam wczoraj za przewidzenie, po czym odpaliłam tryb: kontynuacja Planu (co jakiś czas jednak pokładając się). Wczesnym wieczorem pomyślałam jednak, że wczorajsze „lekko nie halo”, zaczyna być „mocno nie halo” i wykręciłam numer dochtora S. Dochtór stwierdził, że bardzo mu się nie podoba to, co słyszy i że będzie w szpitalu za kwadrans, a za ile ja mogę. Mogłam za nieco więcej niż kwadrans, gdyż oprócz Dziecka numer dwa, które wyraźnie przemówiło, zaposiadam Dziecko numer jeden, które trzeba gdzieś zainstalować, gdy się wybywa do szpitala z tatusiem w roli kierowcy i opiekuna.

No i ogólnie finał jest taki, że żrę piguły oraz leżę. Uprosiłam, bym mogła uprawiać tę jakże chujową czynność w domu, a nie na szpitalnej pryczy. Leżenie jest przechujowe,  szczególnie gdy ma się robaki w dupie oraz wciąż niezrealizowany Plan. No ale jednak dom to dom.
Oby Gustaw poszedł po rozum do łba i zrozumiał, że jeszcze za wcześnie na takie hece.

Pewnego razu K. kupił jaja od kury
szczęśliwej.
Kura szczęśliwa to taka, co biega sobie swobodnie po podwórku, a przynajmniej
tak zapewniają na wintydżowym opakowaniu specjaliści od jajecznego marketingu.
Jaja, jak to jaja, smakowały okej, wielkiej różnicy nie dostrzegłam, ale
fakt biegania wolno stał się przedmiotem
mojej zazdrości.

Lecz oto i dla mnie nadeszły zmiany.
W końcu dojrzałam, jak wygląda chów wolnowybiegowy!
Od wczoraj jestem nioską szczęśliwą, niechże więc moje jajo odzwierciedla stan
z ostatnich stadiów kompletowania całości, niekoniecznie zaś z początku i
środka.
Jeszcze nie do końca odczuwam ów luz, za który przez pierwsze 33 dni płaci
pracodawca, a później państwo (w sensie sama sobie opłaciłam, państwo to skrót myślowy,
dość niebezpieczny, sugerujący, że cokolwiek zostaje nam dane w
prezencie). Nie do końca czuję luz, bo
mam mocny plan zagospodarowania wolnej przestrzeni. Oddaję się różnym pożytecznym aktywnościom,
na które dotychczas nie miałam czasu. Dziś na przykład raczyłam się koktajlem 75g
czystej glukozy, bo już mi trochę termin bił na alarm. Było super, miałam
jakieś czterdzieści osiem odruchów wymiotnych, na szczęście nie zwieńczonych
konkretem. Potem z wielką radością wisiałam z fotela dochtora S. , który
sczaskany na heban błyskał białym uzębieniem, produkował serdeczności, ni
słowem nie zająkując się jakobym była za gruba. Jutro pozuję wraz z rodziną, bo
z dużą dozą prawdopodobieństwa moja macica jest zamieszkana ostatni raz i
chciałabym ów fakt jakoś uwiecznić. Pojutrze zaś robię zęby.
(Ach, jakież to wszystko fascynujące, nieprawdaż).

- Przechodzisz tę ciążę jakoś tak beznamiętnie – stwierdził K. jakiś czas temu.

Cóż, mizianie po brzuszku i czułe litanie do nienarodzonego to luksus, na który nie
zawsze jest czas i miejsce.
Lecz mój czas właśnie nadszedł.
Gładzę się po Gustawie, a on stawia namioty na napiętej skórze brzucha.
Czasem są to namioty cyrkowe, obłe i obfite, innym razem – indiańskie wigwamy. Głowa, kolana,
łokcie, stopy, pięści.
Jak człowiek tak wyhamuje, to widzi wyraźnie, że to jest istny kosmos.

- Okej mamo, bawimy się, tu jest sklep z książkami, a jestem pan księżarny.

- Chryste, co za dzieciak! – wzdycham ciężko.
- Takiego mnie urodziliście – wyjaśnia Marcel i do siebie porządkując wiedzę - To było tak: był plemnik i komórka jajowa. I one się połączyły i powstał dzidziuś, czyli ja. Chłopiec taki. Dobrze, że załapałem się na chłopca.

- Uch – jęknęłam wstając z kanapy.
- Coś cię boli mamo? – zainteresował się Marcel – Miednica? Eeee ta… Macica?

Po tym jak zabrałam mu coś, czego nie powinien był brać lub czegoś nie pozwoliłam.
- W tym domu nie ma miłości.


  • RSS