Jakie to uroczo ironiczne, że nie tak dawno pisałam o tym jak nieabsorbujące są dzieci wewnętrzne. No, rąk może nie łamią, ale nie jest też tak, że pozwalają mieć i realizować plany. W piątek mój drugi syn, Gustaw, okazał się indywidualistą o silnie ugruntowanej opinii na temat tego, jak powinien wyglądać nadchodzący weekend. A zapowiadał się malowniczo. W piątkowy wieczór wybywałam bowiem na damską plotę, a w sobotę szykowałam kameralną fetę przypieczętowującą nadchodzący okrągły jubileusz mych narodzin. Menu sobotnie od kilku dni wisiało przyczepione magnesem do lodówki subtelnie podsycając ekscytację.

W czwartek, czwartego dnia zachłyśnięcia chowem wolnowybiegowym oraz niestrudzonego realizowania Planu poczułam, że coś jest lekko nie halo w bebechach. Stwierdziłam, że muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi. Rano w piątek uznałam wczoraj za przewidzenie, po czym odpaliłam tryb: kontynuacja Planu (co jakiś czas jednak pokładając się). Wczesnym wieczorem pomyślałam jednak, że wczorajsze „lekko nie halo”, zaczyna być „mocno nie halo” i wykręciłam numer dochtora S. Dochtór stwierdził, że bardzo mu się nie podoba to, co słyszy i że będzie w szpitalu za kwadrans, a za ile ja mogę. Mogłam za nieco więcej niż kwadrans, gdyż oprócz Dziecka numer dwa, które wyraźnie przemówiło, zaposiadam Dziecko numer jeden, które trzeba gdzieś zainstalować, gdy się wybywa do szpitala z tatusiem w roli kierowcy i opiekuna.

No i ogólnie finał jest taki, że żrę piguły oraz leżę. Uprosiłam, bym mogła uprawiać tę jakże chujową czynność w domu, a nie na szpitalnej pryczy. Leżenie jest przechujowe,  szczególnie gdy ma się robaki w dupie oraz wciąż niezrealizowany Plan. No ale jednak dom to dom.
Oby Gustaw poszedł po rozum do łba i zrozumiał, że jeszcze za wcześnie na takie hece.