Pierwsza ciąża, choć bynajmniej nie z zaskoczenia, zastała mnie gdzieś między wódką a zakąską, a dokładniej między dzikim pląsem w Bezsenności, a Jolka Jolka pamiętasz na całe gardło w taksówce.
Dwudzieste piąte urodziny spędziłam w gronie dobrych znajomych tu, w tym samym domu, w którym teraz mozolnie inkubuję Gustawa, domu, który tak bardzo się zmienił przez ostatnie pięć lat. Jednak stół był ten sam, siedziałam przy nim z dwoma kumplami i zastanawiałam się czemu nie jestem w stanie zaciągnąć się Laki Strajkiem, bo ilekroć poczuję smak dymu mam ochotę shaftować się pod siebie.  

Nie mogę powiedzieć, żebym nie wybawiła się przez długie lata edukacji licealno-uniwersyteckiej, a jednak rok później pchając niebieską gondolkę przez nadodrzańskie wertepy pielęgnowałam w sobie uczucie bolesnej straty. Wagarowicze rozpostarci na prowizorycznych legowiskach z kurtek i plecaków, syk otwieranego piwa Książ, słońce, gitara, pijane dziewczyny, chłopcy przy nadziei, łapczywa wymiana śliny, tanie papierosy, nastoletnia spontaniczność. Wszystko to przerabiałam, nie żebym ominęła którykolwiek punkt, ale świadomość, że już tam nie należę i raczej nic tego faktu nie zmieni, sprawiała, że miałam ochotę usiąść i zapłakać.
Żal związany z utratą zawsze powoduje narastanie swoistego bielma. Opłakująca wdowa nie pamięta jak jej nieraz świętej pamięci spuścił wpierdol, a dzieciństwo zazwyczaj widziane jest w lukrowych pastelach, nawet gdy bywało różnie. Ja też wtedy zatraciłam ostrość widzenia. Niemowlę w niebieskiej gondolce, choć zawsze kochane do nieprzytomności, wydało mi się bardziej balastem niż atrakcyjnym centrum nowego wszechświata.
Bielmo skutecznie cyzelowało obrazy: młodzież piła piwo Książ, lecz nikt nie rzygał w sitowiu, piła sobie miło i nikt później nie miał rozłupującego czaszkę kaca, całowała się ślicznie i następnego dnia nikt nie udawał, że nie pamięta, ku boleści tego, co chciał pamiętać, zawalała zajęcia na wiosennym, pięknym słońcu i żadna matka nie darła japy, nie było szlabanów, awantur, wrzasku pełnego nienawiści. I analogicznie, parę lat później, po dwudziestce, studencki hedonizm wcale nie generował rozterek egzystencjalnych w klimacie: quo vadis, co zamierzasz zrobić ze swoim życiem i czy czasem nie przepierdalasz go siedząc w knajpie noc w noc.
Tego wszystkiego nie było. Była tylko utracona wolność.
Tyle widziałam i chciało mi się wyć.

Dziś znów był pierwszy dzień wiosny i jak co roku barwny patchwork zimowych kurtek wyścielał brunatną łąkę nad Odrą. Nie słyszałam syku otwieranych puszek, byłam za daleko i za zamkniętym oknem. Wolność zredukowana do zera, egzystencja scentralizowana wokół wypchanej małym chłopcem macicy i niepokoju, żeby jego desant nie odbył się przedwcześnie.
Widzę ich – wyrzygują wnętrzności, razi ich słońce, liżą się z kim popadnie, są nieszczęśliwie zakochani, albo w toksycznych związkach, samotni, wkurwieni, samotni, wkurwieni, samotni.

Możecie mówić, że wypieram, mydlę sobie oczy, bo nie mam innego wyjścia, że oni młodzi, a ja kostropata, oni wolni, a ja zniewolona, ale przysięgam – W ŻYCIU nie chciałabym tam wracać.