eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2012

Przekręcił się chujasek mały, o czym dowiedziawszy się, mało
nie spadłam z kozetki gabinetu usg. Czy nie czułam? No czułam pewnego wieczoru,
że rozpycha się intensywniej niż normalnie, ale bo ja wiem. Oraz  czkawkę miewał ostatnio nad kością łonową, a
nie jak dotychczas pod mostkiem, ale ja nie do końca ufam własnym interpretacjom
zjawisk.
- Nie podniecałbym się zbytnio – ostudził mnie dochtór S. w kolejnej minucie – stan
po cięciu bardzo zaniża szansę na poród naturalny bez komplikacji.
Dobra, niech mi się nawet nie uda, niech mnie w rezultacie wezmą na stół, ale
cieszy mnie fakt, że poczekamy na normalną akcję. A nie jak wtedy – tniemy dziś,
czy w poniedziałek? To takie, kurwa, nieromantyczne! Grzebanie w dacie
narodzin, no słabe no.
- Zobaczymy. Nie nakręcaj się. – dochtór obrał sobie za cel zarazić mnie
opanowaniem.
MNIE? OPANOWANIEM?

Poza tym Marcelon wybywa nam na tydzień za sprawą moich nieocenionych teściów. To
doskonała okazja, by finalnie dostosować chatę do modelu 2+2. Będziemy malować
i przestawiać. W związku z tym moja rodzicielka rozpoczęła krucjatę przeciw przedsięwzięciu.
Bo przecież ledwie chwycę taśmę malarską – powrócą skurcze. Mówię jej, jak komu
dobremu, że to K. będzie machał wałkiem, a ja swój odwłok usadowiwszy na jakimś
zydlu sztukować będę detale. I że więcej się niekiedy namacham w dzień
powszedni napierdalając zelmerem irenie kłaki rozpostarte na panelach całej chawiry.
Ale nie, zobaczysz, wspomnisz słowa. Pędzel w dłoni rozwiera szyjkę.


Ostatnio w ogóle stałam się synonimem beztroski i upośledzenia umysłowego, gdyż
dzwoniąc do mnie zastała mnie strażnica spokoju mej macicy zmierzającą ku –
uwaga, drastyczne – serwisowi opon!
- Jak to jedziesz wymienić na letnie?
- No takto, umówiłam się i jadę.
- A dlaczego K. tego nie zrobi?
- Bo K. wraca z pracy o 18, a ja mam czas?
- Uważam, że nie powinnaś.
- Mamo, ja nie wiem czy ty kojarzysz fakty, ale ja nie będę tam leżała u
podwozia, żonglując kluczem, wiesz? Przyjadę, powiem panu, że opony są w
bagażniku, usiądę sobie w biurze, przez okienko poobserwuję jak śmiesznie
wygląda auto bez kół, a potem podziękuję, zapłacę i pojadę na chatę. Więcej
energii tracę na odprowadzenie Marcela do przedszkola i odpowiedzi na jego dziwne
pytania.
- No nie wiem, dla mnie takie sprawy powinien załatwiać mężczyzna.
Ale jakie sprawy? Przeglądanie Obsasów Ekstra na kanapie u kierownika zakładu czy
wyciąganie z portfela czterech różowych banknotów?

Po trzecie Dziadkowi się pogorszyło. I właściwie sama nie wiem za co trzymam.
Czy żeby wyszedł z tego, czy żeby właśnie nie wychodził. Czasem mocarność organizmu
staje się przekleństwem.

Że
Bolo się sypie Małgorzata dowiedziała się przed świętami. Szczerze
powiedziawszy mało ją to obchodziło, lecz ktoś kiedyś wymyślił kurtuazję,
elegancką pochodną fałszu, więc kurtuazyjnie Małgorzata udała, że owszem,
obchodzi. Nie żeby markowała chlipanie w słuchawkę, bez przegięć, pewne sprawy
są aż nadto jasne, nawet dla tych, którzy oczekują kurtuazyjnych gestów.
Postanowiła jednak zatroskać się nad stanem psychicznym syna Bola, Wacława, i
nie przestając kręcić żółtka z miodem i śmietanką kremówką (pascha), westchnęła
smutne. Choć smutne nie było za
grosz, nie dla niej.

Potem przeszły święta, zniknęła pascha i tarta cytrynowa, prawdziwa szynka ze
Ścinawy i pasztet teściowej, i okazało się, że i Bolo zniknął. No nie tak do
końca – ciało leżało wszakże w chłodni zakładu pogrzebowego i czekało na
ostatnie pożegnanie.

Gdy tylko dotarła do Małgorzaty ta umiarkowanie hiobowa wieść o śmierci bądź co
bądź dziadka nastała dziwna aura. Oraz działy się rzeczy. Na przykład
Małgorzata dałaby głowę, że zamykała drzwi od sypialni, a potem były szeroko
otwarte. Albo taśma klejąca leżała płasko na komodzie i nagle –plask! – już była
na podłodze. Albo Halina, jej kotka, zachowywała się co najmniej nietypowo.
Całymi godzinami zamiast spać, co bardzo było w jej kociej naturze, warowała w
przedpokoju w pozycji  czujnej. Małgorzata
zwierzyła się mężowi ze swych niecodziennych obserwacji, lecz on, nieczuły
niedowiarek, wybuchnął serdecznym śmiechem i zakrzyknął na całe gardło – Bolo!!
Jesteś tu, chłopie?? (Małgorzata popatrzyła na niego z odrazą.)

Bolo nie był do końca zły.
Nie był też na pewno dobry.
Małgorzata pamiętała jeszcze te wszystkie katolickie pierdoły, które musiała
wkuwać przed przyjęciem rozmaitych sakramentów i pamiętała, że było coś
takiego, jak grzech cudzy. Milczeć, gdy ktoś grzeszy – tak brzmiała
jego definicja i była to kwintesencja grzeszności Bolesława. Pod pantoflem swej
ślubnej, karykatury człowieka, Bolo po prostu zapomniał, że można, a wręcz należy
się przeciwstawiać. Zapomniał, że czasem w życiu więcej zyskuje się waląc
pięścią w stół i wykrzykując veto. Choćby szacunku do samego siebie. No, ale do
tego trzeba jaj, a jaja Bola to spełniwszy swą 
biologiczną powinność (razy trzy, w tym raz na boku), schowały się z
powrotem do powłok brzusznych, a tam – wiadomo – za ciepło dla tak delikatnej
materii. Zepsuły się i tyle ich było.

Żal tylko było Małgorzacie, jej siostry Anny.
Że nigdy nie zaznała czym mogą być prawdziwi dziadkowie. Bo rodzice Drugiej
Żony od dawna rżnęli w brydża ze świętym Piotrem. No, ale nie można mieć w życiu wszystkiego. Pewne zadośćuczynienie stanowił
fakt, że dom po Eugenii i Bolesławie został przepisany w spadku właśnie jej.

Fajnie, ale wspomnień z dzieciństwa Małgorzata nie zamieniłaby na żadne
wypełnione Rosenthalami domostwa.

Na
strychu u teściów kazałam sobie zdjąć z wysokości kartonowe pudła i przepadłam
na długie kwadranse. Tycie kreacje niemowlęce, rozmiar pięćdziesiąt sześć, a
czasem i mniej, miały mnie położyć na łopatki, rozkleić, sprawić ze zostanie ze
mnie mokra plama. Zamiast tego mruknęłam do K.:
- Widać, że pięć lat temu za chuja nie mieliśmy kasy.

Urzędnicza pensja, tysiąc trzysta netto, odcisnęła swoje wyraźne piętno na
moich wyborach modowych, nie żebym się
ich wstydziła, nie uświadczysz w kartonach wzornictwa lat dziewięćdziesiątych
maniakalnie naśladowanego po dziś dzień – wielkich oczu, zakręconych rzęs,
mongoloidalnych półuśmiechów, majtkowych błękitów, róży oraz lila, misiów, pysiów, myszek, pliszek i króliczków, a jednak biednie. Mało i w ogóle. Przede wszystkim mało.
A przecież należy wziąć pod uwagę, że taki słitaśny osraj defekuje właściwie
bez ustanku, co zeżre to wysra, wciąż jeszcze nie było to na tyle dawno, bym
nie pamiętała tej buraczanej twarzy, chwilę po oderwaniu od sutka a zaraz potem
bulgotu w gaciach. To nic wielkiego, naprawdę nic, dziwi mnie, że bezdzietni
jak tak bardzo skupiają się na dramatyzmie upierdolenia w płynnym stolcu, są
straszniejsze aspekty macierzyństwa, jednak podstawą przy takim wyzwaniu są
kilogramy bawełny upchnięte do szuflad komody, czterysta komplecików – body plus
półśpiochy, dobrze też by cieszyły oko, bo czasem ładny niemowlak w ładnej
kreacji (którą wszak za chwilę obesra) bywa pierwszym punktem do którego warto
się odnieść porządkując hormonalny burdel w głowie i obiektywny burdel wokół
siebie.
Mam czas, więc bywam. Korzystam z promocji, chwytów pay for 2 get 3,
dobrodziejstwa salonów odzieży używanej, z których mam prawdziwe perełki, z wyśmienitą
metką i zerową oznaką obcowania z czyjąkolwiek wydaliną, a także nieocenionego
wuwuwu allegro. 

Tak, ja wiem, że to wszystko nie jest takie ważne, że najważniejsza jest miłość
oraz to, żebyśmy zdrowi byli, zawsze to powtarzam, nic prawdziwszego, jednak prawdziwy
zen zyskuję chomikując, wykreślając punkty z Excela, puszczając kompulsywnie
kolejne pralki, patrząc z czułością na tę minigarderobę, układając, wygładzając
dłonią mikroskopijne fałdy, znosząc do domu coraz do nowe.
To wszystko ma złagodzić ból dezorganizacji, nieunikniony, dotkliwy dla
nosicielki germańskiego imperatywu uporządkowania. Szkoda, że nie wiem, co
magazynować,  by złagodzić równie
nieunikniony efekt chronicznego przemęczenia.

Dobrze mieć świadomość kompletu
dobrodziejstw, jakie na mnie spłyną, może coś mi z tego przyjdzie.

Od ponad tygodnia funkcjonuję bez wspomagania i na razie nie
rodzę. Jak zacznę, to lojalnie uprzedzę! Szybko odpalę blogaska, pomiędzy
jednym skurczem, a drugim, by ową niecodzienną nowinę obwieścić światu. W
wersji superoptymistycznej zostało mi trochę ponad półtora miesiąca, w wersji
optymalnej – dwa, o wersji pesymistycznej nie mam zamiaru wspominać.
Mówiłam już, że jestem wielka i jest mi ciężko?

Wypadki ostatnich tygodni nakazały mi zewrzeć poślady i zacząć kompletować to i
owo. Szwabski gen, który w sobie noszę, nie lubi zaskoczeń i zwrotów. No więc wuwuwu allegro i jedziemy z koksem. Na przykład majty poporodowe.
Pamiętacie tę uroczą siateczkę pozwalającą kroczu oddychać? Jeny, wspomnienia!
O, albo podkłady ginekologiczne! Takie niby podpaski ale gabarytem bardziej w
stronę materaca. A wkładki laktacyjne? Laktacja – to dopiero jest przygoda!
Wkładki to chyba tak bardziej dla efektu glamur, bo ja to raczej muszę mieć płachtę
tetry wetkniętą w biustonosz, a i wtedy nie czuję się tak znowu mega pewnie.
Nie byłabym sobą nie odbywszy wycieczki w niemowlęce rewiry sieciówek. Niby wszystko mam, po Marcelu, nie? Ale bo
ja wiem czy tak WSZYSTKO-WSZYSTKO? Poza tym kupowanie jest taaaaakie przyjemne!
Szczególnie gdy od jakiegoś czasu omija się szerokim łukiem dział damski, trzeba
w końcu  jakoś wypełnić tę pustkę,
nieprawdaż. No więc kupuję. Letnią czapkę z uszami na przykład. Bachorzęta
wystylizowane na zwierzątka to ten rodzaj kiczu, którego sobie nie odmówię.

Potem idziemy na widzenie z Gustawem.
- … i w co się jeszcze bawicie? – próbuję zabić czas oczekiwania na badanie.
- W ciuciubabkę – mówi Marcel od niechcenia.
- Czyli, że co? – drążę, jakbym nie wiedziała co to ciuciubabka.
-
No, że na przykład Ula wchodzi do takiej skrzyni i pokazuje cipę.
- Cipę? – powtarzam mrugając obficie.
- No. Bo Ula mówi, że nie mówi się sisia,
tylko cipa.
A-ha.

Potem dochtór obwieszcza, że noszę na razie dwa kilo Gustawa, a także, że jego
pozycja nie zmieniła się, co nie jest dla mnie zaskoczeniem, albowiem CZUJĘ. Marcel nieprzesadnie emocjonuje się podobizną
brata na ekranie, za to świecą mu się
oczy na widok konsoli ultrasonografu. Najbardziej fascynuje go pewien pałąk. Plosę pana, a do cego to? - wskazuje na chudy, plastikowy fallus. Dochtór
rezolutnie, że do grania, taki dżojstik.
Z lenistwa przystaję na tę wersję, choć
w sumie na tym poziomie wtajemniczenia mogłabym powiedzieć, że do cipy.


  • RSS