Od ponad tygodnia funkcjonuję bez wspomagania i na razie nie
rodzę. Jak zacznę, to lojalnie uprzedzę! Szybko odpalę blogaska, pomiędzy
jednym skurczem, a drugim, by ową niecodzienną nowinę obwieścić światu. W
wersji superoptymistycznej zostało mi trochę ponad półtora miesiąca, w wersji
optymalnej – dwa, o wersji pesymistycznej nie mam zamiaru wspominać.
Mówiłam już, że jestem wielka i jest mi ciężko?

Wypadki ostatnich tygodni nakazały mi zewrzeć poślady i zacząć kompletować to i
owo. Szwabski gen, który w sobie noszę, nie lubi zaskoczeń i zwrotów. No więc wuwuwu allegro i jedziemy z koksem. Na przykład majty poporodowe.
Pamiętacie tę uroczą siateczkę pozwalającą kroczu oddychać? Jeny, wspomnienia!
O, albo podkłady ginekologiczne! Takie niby podpaski ale gabarytem bardziej w
stronę materaca. A wkładki laktacyjne? Laktacja – to dopiero jest przygoda!
Wkładki to chyba tak bardziej dla efektu glamur, bo ja to raczej muszę mieć płachtę
tetry wetkniętą w biustonosz, a i wtedy nie czuję się tak znowu mega pewnie.
Nie byłabym sobą nie odbywszy wycieczki w niemowlęce rewiry sieciówek. Niby wszystko mam, po Marcelu, nie? Ale bo
ja wiem czy tak WSZYSTKO-WSZYSTKO? Poza tym kupowanie jest taaaaakie przyjemne!
Szczególnie gdy od jakiegoś czasu omija się szerokim łukiem dział damski, trzeba
w końcu  jakoś wypełnić tę pustkę,
nieprawdaż. No więc kupuję. Letnią czapkę z uszami na przykład. Bachorzęta
wystylizowane na zwierzątka to ten rodzaj kiczu, którego sobie nie odmówię.

Potem idziemy na widzenie z Gustawem.
- … i w co się jeszcze bawicie? – próbuję zabić czas oczekiwania na badanie.
- W ciuciubabkę – mówi Marcel od niechcenia.
- Czyli, że co? – drążę, jakbym nie wiedziała co to ciuciubabka.
-
No, że na przykład Ula wchodzi do takiej skrzyni i pokazuje cipę.
- Cipę? – powtarzam mrugając obficie.
- No. Bo Ula mówi, że nie mówi się sisia,
tylko cipa.
A-ha.

Potem dochtór obwieszcza, że noszę na razie dwa kilo Gustawa, a także, że jego
pozycja nie zmieniła się, co nie jest dla mnie zaskoczeniem, albowiem CZUJĘ. Marcel nieprzesadnie emocjonuje się podobizną
brata na ekranie, za to świecą mu się
oczy na widok konsoli ultrasonografu. Najbardziej fascynuje go pewien pałąk. Plosę pana, a do cego to? - wskazuje na chudy, plastikowy fallus. Dochtór
rezolutnie, że do grania, taki dżojstik.
Z lenistwa przystaję na tę wersję, choć
w sumie na tym poziomie wtajemniczenia mogłabym powiedzieć, że do cipy.