Na
strychu u teściów kazałam sobie zdjąć z wysokości kartonowe pudła i przepadłam
na długie kwadranse. Tycie kreacje niemowlęce, rozmiar pięćdziesiąt sześć, a
czasem i mniej, miały mnie położyć na łopatki, rozkleić, sprawić ze zostanie ze
mnie mokra plama. Zamiast tego mruknęłam do K.:
- Widać, że pięć lat temu za chuja nie mieliśmy kasy.

Urzędnicza pensja, tysiąc trzysta netto, odcisnęła swoje wyraźne piętno na
moich wyborach modowych, nie żebym się
ich wstydziła, nie uświadczysz w kartonach wzornictwa lat dziewięćdziesiątych
maniakalnie naśladowanego po dziś dzień – wielkich oczu, zakręconych rzęs,
mongoloidalnych półuśmiechów, majtkowych błękitów, róży oraz lila, misiów, pysiów, myszek, pliszek i króliczków, a jednak biednie. Mało i w ogóle. Przede wszystkim mało.
A przecież należy wziąć pod uwagę, że taki słitaśny osraj defekuje właściwie
bez ustanku, co zeżre to wysra, wciąż jeszcze nie było to na tyle dawno, bym
nie pamiętała tej buraczanej twarzy, chwilę po oderwaniu od sutka a zaraz potem
bulgotu w gaciach. To nic wielkiego, naprawdę nic, dziwi mnie, że bezdzietni
jak tak bardzo skupiają się na dramatyzmie upierdolenia w płynnym stolcu, są
straszniejsze aspekty macierzyństwa, jednak podstawą przy takim wyzwaniu są
kilogramy bawełny upchnięte do szuflad komody, czterysta komplecików – body plus
półśpiochy, dobrze też by cieszyły oko, bo czasem ładny niemowlak w ładnej
kreacji (którą wszak za chwilę obesra) bywa pierwszym punktem do którego warto
się odnieść porządkując hormonalny burdel w głowie i obiektywny burdel wokół
siebie.
Mam czas, więc bywam. Korzystam z promocji, chwytów pay for 2 get 3,
dobrodziejstwa salonów odzieży używanej, z których mam prawdziwe perełki, z wyśmienitą
metką i zerową oznaką obcowania z czyjąkolwiek wydaliną, a także nieocenionego
wuwuwu allegro. 

Tak, ja wiem, że to wszystko nie jest takie ważne, że najważniejsza jest miłość
oraz to, żebyśmy zdrowi byli, zawsze to powtarzam, nic prawdziwszego, jednak prawdziwy
zen zyskuję chomikując, wykreślając punkty z Excela, puszczając kompulsywnie
kolejne pralki, patrząc z czułością na tę minigarderobę, układając, wygładzając
dłonią mikroskopijne fałdy, znosząc do domu coraz do nowe.
To wszystko ma złagodzić ból dezorganizacji, nieunikniony, dotkliwy dla
nosicielki germańskiego imperatywu uporządkowania. Szkoda, że nie wiem, co
magazynować,  by złagodzić równie
nieunikniony efekt chronicznego przemęczenia.

Dobrze mieć świadomość kompletu
dobrodziejstw, jakie na mnie spłyną, może coś mi z tego przyjdzie.