Że
Bolo się sypie Małgorzata dowiedziała się przed świętami. Szczerze
powiedziawszy mało ją to obchodziło, lecz ktoś kiedyś wymyślił kurtuazję,
elegancką pochodną fałszu, więc kurtuazyjnie Małgorzata udała, że owszem,
obchodzi. Nie żeby markowała chlipanie w słuchawkę, bez przegięć, pewne sprawy
są aż nadto jasne, nawet dla tych, którzy oczekują kurtuazyjnych gestów.
Postanowiła jednak zatroskać się nad stanem psychicznym syna Bola, Wacława, i
nie przestając kręcić żółtka z miodem i śmietanką kremówką (pascha), westchnęła
smutne. Choć smutne nie było za
grosz, nie dla niej.

Potem przeszły święta, zniknęła pascha i tarta cytrynowa, prawdziwa szynka ze
Ścinawy i pasztet teściowej, i okazało się, że i Bolo zniknął. No nie tak do
końca – ciało leżało wszakże w chłodni zakładu pogrzebowego i czekało na
ostatnie pożegnanie.

Gdy tylko dotarła do Małgorzaty ta umiarkowanie hiobowa wieść o śmierci bądź co
bądź dziadka nastała dziwna aura. Oraz działy się rzeczy. Na przykład
Małgorzata dałaby głowę, że zamykała drzwi od sypialni, a potem były szeroko
otwarte. Albo taśma klejąca leżała płasko na komodzie i nagle –plask! – już była
na podłodze. Albo Halina, jej kotka, zachowywała się co najmniej nietypowo.
Całymi godzinami zamiast spać, co bardzo było w jej kociej naturze, warowała w
przedpokoju w pozycji  czujnej. Małgorzata
zwierzyła się mężowi ze swych niecodziennych obserwacji, lecz on, nieczuły
niedowiarek, wybuchnął serdecznym śmiechem i zakrzyknął na całe gardło – Bolo!!
Jesteś tu, chłopie?? (Małgorzata popatrzyła na niego z odrazą.)

Bolo nie był do końca zły.
Nie był też na pewno dobry.
Małgorzata pamiętała jeszcze te wszystkie katolickie pierdoły, które musiała
wkuwać przed przyjęciem rozmaitych sakramentów i pamiętała, że było coś
takiego, jak grzech cudzy. Milczeć, gdy ktoś grzeszy – tak brzmiała
jego definicja i była to kwintesencja grzeszności Bolesława. Pod pantoflem swej
ślubnej, karykatury człowieka, Bolo po prostu zapomniał, że można, a wręcz należy
się przeciwstawiać. Zapomniał, że czasem w życiu więcej zyskuje się waląc
pięścią w stół i wykrzykując veto. Choćby szacunku do samego siebie. No, ale do
tego trzeba jaj, a jaja Bola to spełniwszy swą 
biologiczną powinność (razy trzy, w tym raz na boku), schowały się z
powrotem do powłok brzusznych, a tam – wiadomo – za ciepło dla tak delikatnej
materii. Zepsuły się i tyle ich było.

Żal tylko było Małgorzacie, jej siostry Anny.
Że nigdy nie zaznała czym mogą być prawdziwi dziadkowie. Bo rodzice Drugiej
Żony od dawna rżnęli w brydża ze świętym Piotrem. No, ale nie można mieć w życiu wszystkiego. Pewne zadośćuczynienie stanowił
fakt, że dom po Eugenii i Bolesławie został przepisany w spadku właśnie jej.

Fajnie, ale wspomnień z dzieciństwa Małgorzata nie zamieniłaby na żadne
wypełnione Rosenthalami domostwa.