eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2012

Za pierwszym razem zrobiłam ten błąd, że nie miałam żadnych wątpliwości i nie przewidziałam innych scenariuszy. Kto miałby rodzić jeśli nie ja? Podobnie jak – kto miałby zrobić najwłaściwszy użytek z mlecznego bufetu jeśli nie ja? Zostałam wyposażona przez naturę w ciało obiecujące mężczyźnie, któremu przyjdzie w udziale wystrzelić w moim wnętrzu swój cenny ładunek, liczne, nieliche, bezproblemowo wydane na świat potomstwo. Tak to przynajmniej wyglądało. Cyc, biodro, wiecie. No kto, jeśli nie ja?
Byłam zdruzgotana, gdy przyszło mi zmierzyć się z faktem, że nie wycisnę Marcelego Franciszka własnymi siłami, nie będzie rodzinnego porodu z K., nie będzie romantyzmu niewiadomej w kwestii odejścia wód i pierwszych skurczy. Po prostu – dziecko ułożone pośladkowo, a ponieważ jesteśmy już właściwie w terminie, proponuję cięcie szesnastego, pasuje?

Za drugim razem obiecałam sobie nie pisać scenariuszy. Dochtór S. powtarzał, że ingerencja skalpela przy pierwszej ciąży wiele determinuje i choć, owszem, zdarzają się przypadki zwieńczonych sukcesem porodów naturalnych pocesarkowych, to jednak jego kilkudziesięcioletnia praktyka lekarska pokazuje, iż zdecydowanie więcej jest tych sukcesu pozbawionych.
Nie nastawiałam się więc.
Gustaw bardzo długo boksował się z grawitacją oraz wątpliwościami jaka pozycja będzie dlań najbardziej dogodna. W rezultacie zawisł głową w dół, a nawet ładnie wstawił się w odpowiednie wrota. Good boy. Wyglądało to, jakbym miała tym razem zrobić użytek ze swoich bioder.
Aż do czwartku.

W czwartek okazało się, że znów będzie nieromantycznie.
Gustaw na ponad dwa tygodnie przed oficjalną datą ma cztery kilo. Według Dochtora ryzyko rozejścia się blizny podczas przeciskania takiego kloca jest zbyt duże, by porywać się nań. Nadmienił, widząc cień rozczarowania, że oczywiście mogę podjąć przeciwną decyzję i podpisać papier, stanowiący iż pomimo zaleceń lekarskich, decyduję się dać upust ambicji. Ale chyba za bardzo lubię swoje życie, zarówno to w aktualizacji (E+K+M), jak i to w potencji (E+K+M+G), żeby obstawać przy swoim i coś, nie daj Bóg, spierdolić.
Tak więc raczej przesądzone.
Gustaw Leon, podobnie jak starszy brat, nie będzie miał stożkowatej głowy, a jego mamusia pocerowanego krocza. Będą za to inne atrakcje, jakże dobrze mi znane. Ciekawe tylko czy jego numerologiczny byt wybierze się sam, czy wraz z Dochtorem zamoczymy weń paluchy.

Dzień na pozór rozpoczyna się nienajgorzej, bo przetarłszy oczy zauważam na stole wazon z tulipanami. Na tym etapie wspólnego pożycia jest to dość niecodzienny widok, biorąc pod uwagę fakt, iż nie świętujemy dziś rocznicy, Adama i Ewy czy też moich urodzin. W lodówce jest zimny kefir (nikt mi nie wypił), na balkonie powiewają wyprane wczoraj kreacje dla Gustawa, użyczone wspaniałomyślnie przez ciocię Martę. Wszystko mi mówi, że to mój dzień. A wielcy świata na usługach mych. Nie zasmuca mnie nawet fakt, iż wczoraj musiałam podać złotnikowi swój serdeczny serdelek, celem przecięcia znaku miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej, by ocalić serdelek od amputacji.

Nucąc radośnie wyruszam w codzienne, rytualne już tournee: dom-przedszkole-warzywniak-dom.
Mogę dziś wyręczyć się K., idzie na dziesiątą, ale fakty są takie, że warzywniak to MÓJ świat i muszę umierać (lub mieć przedwczesne skurcze), by zgodzić się na przekazanie przywileju wizyt w warzywniaku komuś innemu.
No więc szparagi, truskawki, rabarbar i takie tam płody późnej wiosny, dziękuję, nie, jeszcze jak pani widzi nie rodzę, jeszcze się toczę, a pewnie, że ciężko, ale damy radę, to do jutra, do widzenia. Zostawiam auto w myjni pod domem, gdyż nie widziało szczoty chyba z rok i zaczyna być mi lekko wstyd, jak zeń wysiadam. Nagle tyka mnie, że skoro K. idzie dziś na dziesiątą, to niech zejdzie i mi pomoże z tymi siatami.
Ach, jaki piękny dzień! Nawet mam tragarza!

Dzwonię raz.
Dzwonię drugi.
Chyba już wyszedł, pedałuje, nie słyszy. Rzucam sobie pod nosem kurwą, lecz jeszcze niepozbawioną pewnego pozytywnego animuszu, można by rzec, iż jest to kurwa kontrolna, bez swoistego ciężaru gatunkowego. (Moc tulipanów działa i nie odpuszcza.)
No trudno.
Taszczę więc, a zataszczywszy widzę w kuchni K. dopijającego herbatę. Nie słyszał, biedak, telefonu, bo przecież ledwie wysunę stopę z chawiry, on realizuje swą pasję – słucha głośno muzyki. Efektem ubocznym realizowania pasji jest fakt, iż nic poza nią nie słyszy. Kolejne kurwy wysmykują się spomiędzy mych warg, ale trzymam się. (Tulipany tracą nieco porannego powabu).
Stawiając kilogramy wiosennych dóbr na posadzce kuchni, kieruję się ku oknu na świat. Podłączam się do świata i patrzę co tam. Czy Zakład Ubezpieczeń Społecznych był łaskaw przelać mi należne inkubacyjne? Ależ! I ciekawe jak długo jeszcze mogę jechać na karcie kredytowej. Eeee. Chyba już nie mogę. Przekroczony limit. Będzie chłosta. Dowiaduję się, że całkiem spora. (Tulipanów nigdy nie było).

Mija czas, więc idę odebrać wóz. Zawsze czynny bankomat dziś jest nieczynny. W upał i w dziewiąty miesiąc, nieczynny jest chuj. Kolejny daleko. To znaczy dla ciężarnej, w upał daleko. Bo może dla pana z myjni bliziutko (nie ma sprawy, auto czeka, TU jest pekao, zaraz obok poczty). Wiem, kurwa, gdzie jest pekao i upierałabym się, że jednak TAM, nie TU.
Lezę. Pocę się. Gustaw uciska mi na  mózg. (Tulipany? Jakie tulipany??)
Potem z powrotem. To samo. Dobra, przynajmniej fura czysta. 

Wracam na chatę, a tu widzę plecy pana kuriera, czmychającego chyłkiem po schodach. Resztką myślenia uświadamiam sobie, że to musiało być do mnie i że chwila zwłoki, niepotrzebnego pitupitu w myjni, a zastałabym tylko awizo i wtedy musiałabym zabić, a przecież jestem matką, nie mogę pójść siedzieć, mam tu misję do spełnienia, nie mogę sobie pozwolić na luksus ulżenia frustracjom.
Czy wy naprawdę nie możecie wykonać telefonu, zapytać o której można mnie zastać, tak, żebyśmy się zgrali bez szwanku dla grafiku wydarzeń, czy naprawdę jesteście, kurwa, przeświadczeni, że skoro coś zamówiłam, mam przez kilka dni warować jak suka pod drzwiami, bo a nuż przywieziecie mi mroczny przedmiot mojego pożądania, czy naprawdę wydaje wam się, że awizo wpierdolone między framugę a odrzwia załatwia sprawę i że po to zapłaciłam za waszą zdupy usługę, by jeździć za wami do jakichś centrów dyspozycyjnych, NAPRAWDĘ?
Chłopaczek mruga i coś tam mamrocze, nie słucham, przechwytuję paczuszkę, wchodzę do chłodnego domu i sięgam do lodówki po zimny kefir.

A kefir skwaśniał.

Gustaw
stwierdził, że jeszcze go nie było w poprzek. I, że należy tę lukę w empirii koniecznie
wypełnić. Bo czasu niewiele, a stara dwoi się i troi, by za spokojnie nie było,
a to napierdalając remonty, a to uwijając przy garach, a to latając po galeriach
bynajmniej nie sztuki (bo tam się chociaż nie lata, tylko z dziubkiem skupienia
wypatruje iluminacji, która zazwyczaj nie nadchodzi). Jak pomyślał tak uczynił i oto jest. Totalnie w poprzek. Czkawki miewam po
prawej. Tupanie z zadowoleniem lub dezaprobatą po lewej.

Bardzo osobliwym
doznaniem jest Gustawa przeciąganie. Moje stęki pomiędzy jednym a drugim zdaniem
opowiadań w Misiostwach Świata  sprawiają, że Marceli poczuwa się do
interwencji. Jako starszy, mądrzejszy i prawszy.
- Ej, Gutek, nie rób tak naszej mamie! – chucha mi w brzuch, a ja myślę, że
pierwszy krok wtajemniczenia za nami – Marcel zdaje się rozumieć, że mama
będzie za chwilę nasza, a nie moja, co nie zmienia faktu, że trzęsę
się na myśl o tej rewolucji.

Kilka razy padła już śmiała propozycja podłączenia go do tego drugiego wymienia, podczas gdy młodszy brat będzie zachłystywał
się potokami mleka z pierwszego. Popukałam się w czoło wywołując, na szczęście,
radosny rechot. A nie na przykład ryk. Lub co gorsza – smutny grymas.
A jednak do propozycji wraca. Ma totalną korbę na punkcie piersi, moich
szczególnie, lecz nie tylko moich, ostatnio na przykład zapytał kiedy Uli (tej
od ciuciubabki – pierwsza przedszkolna fascynacja erotyczna) urosną cycki.

Nie ma dnia, by Marcel nie zapewniał o swoim oddaniu sprawie.
Będę go nosił, pilnował, pomagał, przewijał, podawał, wycierał, podnosił,
przynosił, śpiewał, czytał, pokazywał, wyjaśniał, opowiadał, uczył, uspokajał,
bawił, usypiał, dzielił się zabawkami, pozwalał najpierw oglądać dzidziusiowe bajki. 
Taaaa.
Martwię się najbardziej nie tym, że będzie ciężko, bo to, to wiem i jestem
gotowa. Martwię się, że istnieje taka możliwość, że nie stanę na wysokości
zadania, że zmęczenie mnie zeżre, że zamiast podeprzeć powieki na zapałki i być
tych parę godzin dla Marcela, raz i drugi zasnę, a nawet w skrajnym
zniecierpliwieniu wydrę mordę. Jest jeszcze K. i w nim upatruję największej
nadziei, ale co matczyny cyc to cyc. W przenośni oczywiście, nie? Nie będę
karmić cztero-i-pół–latka, jeszcze mnie nie posrało.

Nie wiem czy to okej, ale po stokroć bardziej skupiam się teraz na potrzebach
Marcela, nie Gustawa. Gutek to będzie póki co prosty organizm. Potrzeby z cyklu:
jeść, spać, mieć względnie sucho i żeby nic nie bolało. I te bardziej złożone:
być przytulonym, czuć zapach matki i słyszeć czasem jej głos.
A Marcel to ocean potrzeb, które tak łatwo zaniedbać.

Rany, szczęśliwy był to czas, gdy matki nie kminiły tylko zakładały chomąto i
szły w pole.

Bardzo
chciałabym mieć wylane na doczesność. Walić przetarte tu i ówdzie panele
podłogowe, nie nudzić się kolorem ścian, nie myśleć czule o dziwactwach tegorocznej kolekcji IKEA PS. Nie skupiać na pierdołach.
Ale nie umiem, jestem niewolnicą dóbr doczesnych, doznań
wzrokowych, nie mających nic wspólnego z zaglądaniem w głąb. Co najwyżej w głąb wiaderka z farbą zaglądam.
Nic na to nie poradzę, choć mam świadomość słabizny takiego stanu rzeczy.
Ja wiem, co człowieka uwalnia od myślenia o gównach. Wyzwala. Wiem i jednak pragnę
mojego zniewolenia.

No więc Intuicja od Ewy Minge, Bezmiar Przestrzeni, a także grafit z
mieszalnika dają radę. Nowa aranżacja w dużym pokoju również.
Małżonek, który nigdy nic nie widzi awansem, nie potrafi sobie wyobrazić, podchodzi
sceptycznie, lub w ogóle nie podchodzi, jak już zobaczył, powiedział, że łał. Odczułam jakiś
tam promil pełnowartościowej satysfakcji, bo do takiej normalnej nie jestem
chyba zdolna po miesiącach łażenia po mieszkaniu z miarką i ołówkiem, gadania
do ścian oraz świadomości, że patrzy się na mnie jak na kandydatkę do Lubiąża. Dlaczego on mi nie ufa? Czy to przez lampę dmuchawca XXL, przez którego oboje musieliśmy
schylać się przechodząc? To może być jakiś trop. (Choć lampa była zjawiskowa i nikt mi nie wmówi, że niewarta schylania). 

No więc w kwestii malowania nie zrobiłam nic, ale za to dałam trochę czadu ze
sprzątaniem, okna pomyłam i takie tam. I trochę to odchorowałam,  nie powiem, że nie. Poza tym Gutek dostał
wczoraj czkawki i dziwnie miała ona miejsce pod cyckami. Czyżby znudziło go świrowanie nietoperka?
Nie wiem jak to się udało, że tym razem tak bardzo trzymam na dystans
wyobrażenia okołoporodowe i nie daję się ponieść chwilowym nadziejom. To kompletnie nie w moim
stylu, jestem etatową napalaczką, na wszystko się napalam, spalam, a potem
popielę i jeden wielki chuj. A tu nic, stoicyzm, lotosizm i zen. Zaskakuję samą siebie. Może po trzydziestce tak się robi?

A dziecku na jednej ze ścian śmy jebli Blue Jeans, również dzięki niebywałej uprzejmości Minge
Ewy. Fajnie wyszło, delikatny zajob, bo kolorek cokolwiek intensywny, ale ja go
znajduję bardzo dobrze. Kocica mówi, że dla niej zbyt żółty. Niebieski zbyt
żółty? Przysięgam, przyciągam samych wariatów. 

Och, jutro niedziela, już jutro ujrzę mego Misia i zmolestuję setkami maminych całusków. (I nie minie godzina a już będę miała gada powyżej uszu, lajf). 


  • RSS