Gustaw
stwierdził, że jeszcze go nie było w poprzek. I, że należy tę lukę w empirii koniecznie
wypełnić. Bo czasu niewiele, a stara dwoi się i troi, by za spokojnie nie było,
a to napierdalając remonty, a to uwijając przy garach, a to latając po galeriach
bynajmniej nie sztuki (bo tam się chociaż nie lata, tylko z dziubkiem skupienia
wypatruje iluminacji, która zazwyczaj nie nadchodzi). Jak pomyślał tak uczynił i oto jest. Totalnie w poprzek. Czkawki miewam po
prawej. Tupanie z zadowoleniem lub dezaprobatą po lewej.

Bardzo osobliwym
doznaniem jest Gustawa przeciąganie. Moje stęki pomiędzy jednym a drugim zdaniem
opowiadań w Misiostwach Świata  sprawiają, że Marceli poczuwa się do
interwencji. Jako starszy, mądrzejszy i prawszy.
- Ej, Gutek, nie rób tak naszej mamie! – chucha mi w brzuch, a ja myślę, że
pierwszy krok wtajemniczenia za nami – Marcel zdaje się rozumieć, że mama
będzie za chwilę nasza, a nie moja, co nie zmienia faktu, że trzęsę
się na myśl o tej rewolucji.

Kilka razy padła już śmiała propozycja podłączenia go do tego drugiego wymienia, podczas gdy młodszy brat będzie zachłystywał
się potokami mleka z pierwszego. Popukałam się w czoło wywołując, na szczęście,
radosny rechot. A nie na przykład ryk. Lub co gorsza – smutny grymas.
A jednak do propozycji wraca. Ma totalną korbę na punkcie piersi, moich
szczególnie, lecz nie tylko moich, ostatnio na przykład zapytał kiedy Uli (tej
od ciuciubabki – pierwsza przedszkolna fascynacja erotyczna) urosną cycki.

Nie ma dnia, by Marcel nie zapewniał o swoim oddaniu sprawie.
Będę go nosił, pilnował, pomagał, przewijał, podawał, wycierał, podnosił,
przynosił, śpiewał, czytał, pokazywał, wyjaśniał, opowiadał, uczył, uspokajał,
bawił, usypiał, dzielił się zabawkami, pozwalał najpierw oglądać dzidziusiowe bajki. 
Taaaa.
Martwię się najbardziej nie tym, że będzie ciężko, bo to, to wiem i jestem
gotowa. Martwię się, że istnieje taka możliwość, że nie stanę na wysokości
zadania, że zmęczenie mnie zeżre, że zamiast podeprzeć powieki na zapałki i być
tych parę godzin dla Marcela, raz i drugi zasnę, a nawet w skrajnym
zniecierpliwieniu wydrę mordę. Jest jeszcze K. i w nim upatruję największej
nadziei, ale co matczyny cyc to cyc. W przenośni oczywiście, nie? Nie będę
karmić cztero-i-pół–latka, jeszcze mnie nie posrało.

Nie wiem czy to okej, ale po stokroć bardziej skupiam się teraz na potrzebach
Marcela, nie Gustawa. Gutek to będzie póki co prosty organizm. Potrzeby z cyklu:
jeść, spać, mieć względnie sucho i żeby nic nie bolało. I te bardziej złożone:
być przytulonym, czuć zapach matki i słyszeć czasem jej głos.
A Marcel to ocean potrzeb, które tak łatwo zaniedbać.

Rany, szczęśliwy był to czas, gdy matki nie kminiły tylko zakładały chomąto i
szły w pole.