Dzień na pozór rozpoczyna się nienajgorzej, bo przetarłszy oczy zauważam na stole wazon z tulipanami. Na tym etapie wspólnego pożycia jest to dość niecodzienny widok, biorąc pod uwagę fakt, iż nie świętujemy dziś rocznicy, Adama i Ewy czy też moich urodzin. W lodówce jest zimny kefir (nikt mi nie wypił), na balkonie powiewają wyprane wczoraj kreacje dla Gustawa, użyczone wspaniałomyślnie przez ciocię Martę. Wszystko mi mówi, że to mój dzień. A wielcy świata na usługach mych. Nie zasmuca mnie nawet fakt, iż wczoraj musiałam podać złotnikowi swój serdeczny serdelek, celem przecięcia znaku miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej, by ocalić serdelek od amputacji.

Nucąc radośnie wyruszam w codzienne, rytualne już tournee: dom-przedszkole-warzywniak-dom.
Mogę dziś wyręczyć się K., idzie na dziesiątą, ale fakty są takie, że warzywniak to MÓJ świat i muszę umierać (lub mieć przedwczesne skurcze), by zgodzić się na przekazanie przywileju wizyt w warzywniaku komuś innemu.
No więc szparagi, truskawki, rabarbar i takie tam płody późnej wiosny, dziękuję, nie, jeszcze jak pani widzi nie rodzę, jeszcze się toczę, a pewnie, że ciężko, ale damy radę, to do jutra, do widzenia. Zostawiam auto w myjni pod domem, gdyż nie widziało szczoty chyba z rok i zaczyna być mi lekko wstyd, jak zeń wysiadam. Nagle tyka mnie, że skoro K. idzie dziś na dziesiątą, to niech zejdzie i mi pomoże z tymi siatami.
Ach, jaki piękny dzień! Nawet mam tragarza!

Dzwonię raz.
Dzwonię drugi.
Chyba już wyszedł, pedałuje, nie słyszy. Rzucam sobie pod nosem kurwą, lecz jeszcze niepozbawioną pewnego pozytywnego animuszu, można by rzec, iż jest to kurwa kontrolna, bez swoistego ciężaru gatunkowego. (Moc tulipanów działa i nie odpuszcza.)
No trudno.
Taszczę więc, a zataszczywszy widzę w kuchni K. dopijającego herbatę. Nie słyszał, biedak, telefonu, bo przecież ledwie wysunę stopę z chawiry, on realizuje swą pasję – słucha głośno muzyki. Efektem ubocznym realizowania pasji jest fakt, iż nic poza nią nie słyszy. Kolejne kurwy wysmykują się spomiędzy mych warg, ale trzymam się. (Tulipany tracą nieco porannego powabu).
Stawiając kilogramy wiosennych dóbr na posadzce kuchni, kieruję się ku oknu na świat. Podłączam się do świata i patrzę co tam. Czy Zakład Ubezpieczeń Społecznych był łaskaw przelać mi należne inkubacyjne? Ależ! I ciekawe jak długo jeszcze mogę jechać na karcie kredytowej. Eeee. Chyba już nie mogę. Przekroczony limit. Będzie chłosta. Dowiaduję się, że całkiem spora. (Tulipanów nigdy nie było).

Mija czas, więc idę odebrać wóz. Zawsze czynny bankomat dziś jest nieczynny. W upał i w dziewiąty miesiąc, nieczynny jest chuj. Kolejny daleko. To znaczy dla ciężarnej, w upał daleko. Bo może dla pana z myjni bliziutko (nie ma sprawy, auto czeka, TU jest pekao, zaraz obok poczty). Wiem, kurwa, gdzie jest pekao i upierałabym się, że jednak TAM, nie TU.
Lezę. Pocę się. Gustaw uciska mi na  mózg. (Tulipany? Jakie tulipany??)
Potem z powrotem. To samo. Dobra, przynajmniej fura czysta. 

Wracam na chatę, a tu widzę plecy pana kuriera, czmychającego chyłkiem po schodach. Resztką myślenia uświadamiam sobie, że to musiało być do mnie i że chwila zwłoki, niepotrzebnego pitupitu w myjni, a zastałabym tylko awizo i wtedy musiałabym zabić, a przecież jestem matką, nie mogę pójść siedzieć, mam tu misję do spełnienia, nie mogę sobie pozwolić na luksus ulżenia frustracjom.
Czy wy naprawdę nie możecie wykonać telefonu, zapytać o której można mnie zastać, tak, żebyśmy się zgrali bez szwanku dla grafiku wydarzeń, czy naprawdę jesteście, kurwa, przeświadczeni, że skoro coś zamówiłam, mam przez kilka dni warować jak suka pod drzwiami, bo a nuż przywieziecie mi mroczny przedmiot mojego pożądania, czy naprawdę wydaje wam się, że awizo wpierdolone między framugę a odrzwia załatwia sprawę i że po to zapłaciłam za waszą zdupy usługę, by jeździć za wami do jakichś centrów dyspozycyjnych, NAPRAWDĘ?
Chłopaczek mruga i coś tam mamrocze, nie słucham, przechwytuję paczuszkę, wchodzę do chłodnego domu i sięgam do lodówki po zimny kefir.

A kefir skwaśniał.