Za pierwszym razem zrobiłam ten błąd, że nie miałam żadnych wątpliwości i nie przewidziałam innych scenariuszy. Kto miałby rodzić jeśli nie ja? Podobnie jak – kto miałby zrobić najwłaściwszy użytek z mlecznego bufetu jeśli nie ja? Zostałam wyposażona przez naturę w ciało obiecujące mężczyźnie, któremu przyjdzie w udziale wystrzelić w moim wnętrzu swój cenny ładunek, liczne, nieliche, bezproblemowo wydane na świat potomstwo. Tak to przynajmniej wyglądało. Cyc, biodro, wiecie. No kto, jeśli nie ja?
Byłam zdruzgotana, gdy przyszło mi zmierzyć się z faktem, że nie wycisnę Marcelego Franciszka własnymi siłami, nie będzie rodzinnego porodu z K., nie będzie romantyzmu niewiadomej w kwestii odejścia wód i pierwszych skurczy. Po prostu – dziecko ułożone pośladkowo, a ponieważ jesteśmy już właściwie w terminie, proponuję cięcie szesnastego, pasuje?

Za drugim razem obiecałam sobie nie pisać scenariuszy. Dochtór S. powtarzał, że ingerencja skalpela przy pierwszej ciąży wiele determinuje i choć, owszem, zdarzają się przypadki zwieńczonych sukcesem porodów naturalnych pocesarkowych, to jednak jego kilkudziesięcioletnia praktyka lekarska pokazuje, iż zdecydowanie więcej jest tych sukcesu pozbawionych.
Nie nastawiałam się więc.
Gustaw bardzo długo boksował się z grawitacją oraz wątpliwościami jaka pozycja będzie dlań najbardziej dogodna. W rezultacie zawisł głową w dół, a nawet ładnie wstawił się w odpowiednie wrota. Good boy. Wyglądało to, jakbym miała tym razem zrobić użytek ze swoich bioder.
Aż do czwartku.

W czwartek okazało się, że znów będzie nieromantycznie.
Gustaw na ponad dwa tygodnie przed oficjalną datą ma cztery kilo. Według Dochtora ryzyko rozejścia się blizny podczas przeciskania takiego kloca jest zbyt duże, by porywać się nań. Nadmienił, widząc cień rozczarowania, że oczywiście mogę podjąć przeciwną decyzję i podpisać papier, stanowiący iż pomimo zaleceń lekarskich, decyduję się dać upust ambicji. Ale chyba za bardzo lubię swoje życie, zarówno to w aktualizacji (E+K+M), jak i to w potencji (E+K+M+G), żeby obstawać przy swoim i coś, nie daj Bóg, spierdolić.
Tak więc raczej przesądzone.
Gustaw Leon, podobnie jak starszy brat, nie będzie miał stożkowatej głowy, a jego mamusia pocerowanego krocza. Będą za to inne atrakcje, jakże dobrze mi znane. Ciekawe tylko czy jego numerologiczny byt wybierze się sam, czy wraz z Dochtorem zamoczymy weń paluchy.