eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2012

Miało być tak, że jak się samo nie wydarzy to jedenastego
dochtór S. robi stoliczku nakryj się i tnie celem wydobycia. Jako osoba nosząca
gen germańskiego ordnungu (nie żeby pedanteria, nie, nie, bardziej –
przewidywalność, porządek rzeczy) nawet się z taką propozycją polubiłam, tym
bardziej odkrywszy, że dobrze to wygląda numerycznie – Marceli Franciszek
szesnasty jedenasty, Gustaw Leon jedenasty szósty. Ładnie. Czyń zatem swoją
powinność, dochtorze.


A jednak sprawy potoczyły się inaczej. W środowy wieczór K. poszedł lekko poalkoholizować
się, a wieńcząc udaną noc zaproponował wielorybiej żonie obcowanie płciowe. Żona z przeciętnym entuzjazmem przystała na ofertę, czego efektem było
chluśnięcie wód o panele jakieś cztery godziny później.
Z duszą na ramieniu wykręcałam numer pana dochtora, gdyż była to irracjonalna
pora – Boże Ciało, kiedy ranne wstają zorze, a jednak dochtór odebrał i kazał
zawijać się do szpitala. Szybko okazało się, że K. choć pozornie trzeźwy jak
świnia to jednak emituje z siebie aromaty dyskredytujące go jako porannego
kierowcę, więc podłożywszy sobie pod tyłek kostkę ręcznika (woda ciurkała sobie
bez ustanku, a było jej sto litrów) odpaliłam furę. Na miejscu żywej duszy,  jak to rankiem rosą w dzień świąteczny, więc
sobie pociurkałam jeszcze trochę na fotel w poczekalni przed izbą przyjęć. No,
mniejsza zresztą o szczegół – dość, że w oczekiwaniu na wyniki niezbędnych do
cięcia badań, a także na pojawienie się dochtora (najwyraźniej wybył sobie
gdzieś świątecznie, a ja mu rozjebałam czerwcową idyllę) akcja zaczęła mi się delikatnie
rozkręcać. Skurcze robiły się coraz intensywniejsze i coraz bardziej regularne
i przeszła mi przez głowę zuchwała myśl, że może-może, lecz wtedy usłyszałam w
korytarzu znajomy baryton.
Dzień dobry, dzień dobry, cewnik, wenflon i tak dalej i oto za chwilę
tradycyjnie trzęsłam się jak osika wypinając grzbiet pod wkłucie. A potem to
już wiadomo – ryk, smark, emocje dziesięć.

Gustaw od początku wydał mi się zajebisty.
Nie odwalał żadnej maniany, zassał cyc jak należy, zdawał się akceptować, że
jego pięć minut w maminych bebechach dobiegło końca, patrzył, choć niewidząco,
to jednak mądrze. Nie był tak urodziwy jak starszy brat, albo może my byliśmy
na nieco słabszej chemii, ale nadrabiał przymiotami ducha.

No i tak o.

Jesteśmy sobie już równo tydzień w domku.
Gustavo nawet daje spać – to znaczy nie czarujmy się, żre jak koń, ale
między  żarciem i żarciem pośpi jakieś
dwie godziny. Kto powie, że i tak przesrane, nie miał nigdy dziecka w stylu
Marcelona.
Inna rzecz, że teraz to już nie wiem, czy Marcel był sam w sobie rzeźnikiem,
czy osobiście go takim uczyniłam – trzęsąc się, srając po gaciach i lecąc do
niego na każdy kwęk. Z Gutkiem rozumiemy się o niebo lepiej, no ale
doświadczenie jednak robi swoje.

Nie znaczy to, że w ogóle nie ryczę. Hardokorowego babybluesa zaliczyłam parę dni temu, ale był to raptem jeden wieczór żałosnego szlochu. Jak mi się powtórzy bardzo
chętnie rozwinę dramaty, jakie naprodukował mój piękny umysł. Teraz, wybaczcie,
trudno mi się wczuć, bo dziecię zeżarło, śpi na balkoniku przy wtórze szumu
topoli i świergolenia ptactwa, a ja mam względnie ogarniętą chatę i nawet wenę
kulinarną, której za chwilę dam upust. (Choć akurat dziś jestem bardziej niż
zwykle niewyspana, chyba z powodu fasolki szparagowej, którą wcięłam wczoraj w
jakimś dziwnym amoku – staram się codziennie poszerzać dietę, bo suchary i
cienka herbata średnio mnie interesują).

Z minusów – nawał był chyba bardziej dotkliwy niż wtedy, bo Gustaw, jak już
wspominałam, nie wylewa za kołnierz, więc moja laktacja w genach już zapisana
jako totalnie pojebana, została dodatkowo podstymulowana niekończącym się
ssaniem. Było wesolutko. Drugi minus jest taki, że tym razem chyba się trochę
średnio goję, co raz po raz wpędza w delikatny niepokój. Ale może dam sobie
jeszcze trochę czasu.

A Marceli, cóż. Trochę mamy z nim. Cieszę się jednak, że jego bunt
wymierzony
jest w nas, nie w Gustawa. To w końcu nasza wina, że skończył się jego monopol na bycie pępkiem świata.

…jednak Marcel postawił na dar praktyczny – Seana McMissiona :)



K. podejrzewa, że zdradziłam go z Ryszardem Kaliszem.
Mam nadzieję, że nie skończy się to terapią małżeńską.

Pani Bożenka pyta przed obchodami Dnia Matki w
przedszkolu konstruując stosowne menu:
- A czego napiłyby się wasze mamy?
Marcel bez wahania:
- Piwa. Moja na pewno piwa.

- Ten jest kciuk, ten
wskazujący, bo wskazuje, ten środkowy – odpowiadam wyczerpująco za pytanie
syna.
- Tego środkowego to nie można pokazywać, prawda?
- No, lepiej nie.
- A ty pokazałaś jednemu panu, jak jechaliśmy autem!

Ostatnie stadium inkubacji sprawia, że byt mój charakteryzuje nadprodukcja
ciepła. W związku z tym snuję się po chacie w kusych stylizacjach.
- Mamo, dlaczego nosisz majtki, które całe są w tyłku?


  • RSS