eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2012

Nazbyt wielu okazji do budowania relacji wnuk-dziadkowie Małgorzata
nie miała. Nie w swojej rodzinie przynajmniej. Bożenka kochała wnuki gorąco, lecz
na możliwie sporą odległość. Na jakiekolwiek propozycje poprzebywania z
Juniorem sam na sam z jej strony Małgorzata dawno przestała liczyć. Już
bardziej aktywny był w tej materii Wacław.
Wacław nie świecił może przykładem jako ojciec (nawet jeśli pominąć litościwie
jego studencki, żenujący start w ojcostwo), lecz jako dziadek zdarzało się, że
zabłysnął. Czytał książki, składał z lego rycerskie zamki, bywał wydającym dzikie
ryki potworem, przed którym Junior czmychał z radosnym piskiem. Niestety miał
Wacław cechę dyskredytującą go, jako udanego dziadka, a cecha ta wyssana z
mlekiem jego matki hrabianki Eugenii, świećcie szatani nad jej truchłem, nosiła
imię: maniakalne krzewienie sawuar wiwru.

Małgorzata i jej małżonek teorię tegoż znali, nie byli jednak nim szczególnie spętani
na co dzień i we własnej twierdzy, w której według słów pieśniarza je się i
pierdzi (u Wacława nie pierdziało się z całą pewnością, u Eugenii  problem wiatrów nie pojawiał się nawet po
bigosie). Może kto uzna, że to źle, że prawie pięciolatek żyje póki co poza
pewnymi społecznymi ustaleniami. Że na przykład nie odstawia sztućców między
siódmą a ósmą, po zakończonej konsumpcji. Że nie muska usteczek co kęs. Że nie
zaczyna jeść na hasło gospodarza, lecz rzuca się ochoczo na apetyczną kulkę
młodego ziemniaka, mimo, iż inni jeszcze nie zaczęli. Może to źle.
Małgorzacie wystarczyło, że nie mlaskał, nie siorbał, nie bekał, RACZEJ nie
mówił z pełnymi ustami (a jeśli tak, był upominany) oraz JADŁ ZE SMAKIEM. Bo z
jedzeniem u Juniora bywało różnie.


Lecz Wacław miał większe ambicje. Zaraził nimi również Drugą Żonę. I tak
przekrzykiwali się nawzajem.
Nie jedz jeszcze, jeszcze nie zaczęliśmy, teraz jedz, zajmij się jedzeniem, nie
pchaj tyle do ust, wytrzyj, kapie ci, nie siedź tak, siedź prosto, nie kiwaj
się, nie mów tyle, jak ty się zachowujesz, nie zachowuj się tak, ile ty masz
lat, nie jesteś już małym dzieckiem, jedz ładnie, co robimy jak kończymy posiłek?…

Małgorzata struchlała usłyszawszy ten przyśpieszony kurs małej zmanierowanej ciotuni.
Nie, no, zgadzała się, że warto jeść nie budząc odrazy, ale żeby zaraz układanie
sztućców w wieku przedszkolnym? Seriously?
Zresztą koncert życzeń nie dotyczył tylko zachowania przy stole, ale wachlarza
zachowań w ogóle.
Wacław i Druga Żona mogliby napisać Bon ton przedszkolaka. Albo poradnik – Jak skutecznie spiąć poślady małemu chłopcu?
Pytanie tylko kto by to
wydał. I kto kupił.

A jednak nie.
Pochwaliłam dzień przed zachodem i natychmiast usłyszałam ironiczny rechot chuja.
Jednak jest lekki przeczołg z Marcelonem – wrzaski, trzaskanie drzwiami, rozpaczliwe zapewnienia,
że nie chcę już z wami mieszkać!, au! Ja nie jestem naiwna, wiedziałam, że to
kiedyś usłyszę, a nawet, że mnie nienawidzą i tylko czekają na mój zgon, czy
coś koło tego, ale tego typu wyznania słyszy się raczej w okolicy piętnastej
wiosenki, nie przed ukończeniem lat pięciu.
Scen jak z Zawadzkiej na szczęście nie ma, nikt nie pluje, nie bije i nie kopie,
bo ja jestem żelazna dama, która gromi spojrzeniem i sykiem spomiędzy
zaciśniętych szczęk oraz hojnie rozdaje dotkliwe sankcje, a potem trzyma się
swych obietnic, choćby miały również boleć ich autorkę. Marcel po prostu obraża
się co rusz, krzyczy kilka słów dramatycznego manifestu i oddala się do swego
pokoju, w którym przebywanie  – umówmy się
– nie jest żadną formą samobiczowania, gdyż jest po prostu zajebisty i pełen
wszystkiego, co fajne dla cztero-i-pół-letniego smarka. Ale smutno mi, że
chwilowo nie umiemy się dogadać. Bo ja oprócz tego, że jestem żelazna, jestem
też męciutka jak masełko i dotknąć mnie, gdy żywię uczucia, jest bardzo, bardzo
łatwo.
Ale nic to, życzę sobie tylko takich przeczołgów, doprawdy.

Brak przedszkola, ergo porannego wstawania, a także obecność nowego, nie do
końca uregulowanego członka rodziny, sprawiły, żeśmy zrobili sobie z K. pewną
krzywdę. Pozwoliliśmy, żeby bachorzęta zdominowały nasze życie do późnych
godzin wieczornych. Rezultatów takiej błędnej polityki chyba nie trzeba
naświetlać. Wkurw ogólny w pakiecie z wkurwem małżeńskim plus frustracja
zalegających pozycji kulturalnych w nagrywarce dekoderu cyfrowego. 
Uświadomiwszy sobie błąd zawróciliśmy z
wakacyjnego, poluzowanego rozkładu jazdy na  taki z elementami
rodzicielskiego faszyzmu. W związku z tym obejrzeliśmy kilka ciekawych rzeczy, obaliliśmy
flaszkę wina (w kilka wieczorów, spokojnie), a nawet przeczytałam książkę (!!!).
Książka to jednak może nazbyt szumne sformułowanie, bardziej komiks, ale rzecz
dziejowa, polecam ogromnie! Ponadto mam nagrane Buffalo 66 i nie zawaham się dziś go
użyć, gdy już małoletni znikną mi szczęśliwie z oczu. Będzie to wieczór z
Mamoniem, jak K. z delikatną pogardą nazywa moją skłonność do powtarzania się w
repertuarze. Ale co ja poradzę, że kocham ten film?

Jeśli zaś idzie o Gustawa, jestem niezmiennie na chmurce numer dziewięć, wpierdalam ambrozję, zapijam nektarem i gdybym rozpoczęła swoją karierę matki w tym punkcie, w życiu nie znalazłabym się w zaszczytnym gronie autorek Macierzyństwa bez lukru. Możliwe nawet, że jako nie skalana doświadczeniem pierworódka popierdywałabym jakieś nieznośne słodkości, a tak zaoszczędziłam sobie i Wam.

Momentami zerkam sobie na nich i puchnę z dumy.
(Ale to tylko momentami. Bo dużo jest również tych, kiedy grożę Oknem Życia. Do
jakiego wieku można podrzucić bez konsekwencji? Marcel już chyba się nie
załapie?)

Dziś na przykład mam zwyżkę.

Marceli sam sobie przygotował śniadanie i nie składało się ono z suchej bułki
znalezionej na blacie. Nie byłam w stanie mu go podać z młodszym podłączonym do
wymion. Czasem, jak widać, warto czegoś nie móc. Czuwał też kilka razy nad
bratem w aucie, gdy załatwiałam parę spraw, cierpliwie podając mu doustną
zatyczkę. Następnie pokonał największy strach – został sam z Gustawem w domu.
Co prawda na trzy mrugnięcia okiem (zostawiłam telefon w aucie), ale jednak.
Dotychczas było to niewykonalne – horda kreatur z gier, kreskówek i literatury wyłaziła
ze ścian, zupełnie jakby jakaś czujka mówiła im, że oto Marceli zostaje SAM i
można go trochę postraszyć. Bardzo złośliwe z ich strony, nieprawdaż.

Pomyślałam sobie raz i drugi, że Gustaw to najlepsza inwestycja w Marcela.
Jakkolwiek średnio to brzmi i jakkolwiek instrumentalnie został potraktowany
Gutek, będąc spłodzonym jako narzędzie doskonalenia wątłych morale starszego
brata, tak właśnie jest. Oczywiście to niejedyny powód zaistnienia Gustawa. Gutek
stał się, bo nocami kwiliła moja skurczona macica. Jest, bo czułam, że tamto pierwsze
doświadczenie nie może zdeterminować całego postrzegania macierzyństwa. Bo od
dawna żyłam w przekonaniu, że tak byłoby pełniej i lepiej.

Patrzę na Marcela i widzę kawał dobrej roboty (oraz piękne oczy z
wachlarzem rzęs).
Patrzę na Gucia i żal mi, że jego brat na analogicznym etapie
tej ekstremalnej przygody nie cieszył mnie tak bardzo. Marcela kochałam
szaleńczo od zawsze. Ale radości miałam niewiele.
Kto rozumie, niech pierwszy
nie rzuca kamieniem. Kto nie rozumie, ten ma fajnie.

Odchowaliśmy już trochę Pierworodnego – sam sobie
naleje wodę, wyciągnie z lodówki strawę, włączy telewizor, ściszy,
zgłośni. Więcej!  On nie tylko obsłuży
siebie, ale i pomoże. Potrzyma matce drzwi gdy taszczy siaty, włączy odpowiedni
guzik w windzie, klucz w dziurce przekręci. 

A tu nagle taka poczwara! Chryste, co za regres. Cały wypracowany w pocie czoła
ład leży w gruzach. 
(Nie, no spoko, przetrzymamy tę bessę organizacyjną, bo Gutek jest zajebisty.
Choć aktualnie mega szpetny z powodu pryszczy).

Marceli miał trudny czas, ale chyba już przywykł do
sytuacji. O ile to nie cisza przed burzą. Lubię się z nim teraz wyrwać. Zostawiamy
poczwarę z ojcem, Poczwara oczywiście nażarta po kokardę, co by ojca nie
stresować i sru NA MIASTO. Na przykład na godzinę do Lidla. Szaleństwo!
Z pietyzmem układam w koszyku kubełki z jogurtem greckim, sałatę lodową, sól do
zmywarki. Są to naprawdę piękne chwile. Marcel SAM stoi na posadzce (nie wymaga
noszenia) i WSZYSTKO rozumie (można wymienić poglądy- rozmawiamy na przykład o
tym jakie płatki śniadaniowe lubimy). Rany, ale fajny ten starszy syn!

A parę dni temu byłam z pierwszą wizytą pediatryczną. Żeby okazać nowe
istnienie, zważyć, zmierzyć.
W trzy tygodnie półtora kilo mu wpadło. No zauważyłam właśnie, że rośnie mu
czternasty podbródek i kolanka mają dziurki, ale wrodzona skromność nie
pozwoliła mi pomyśleć, że ciecz wypływająca z moich sutków może tak tuczyć.
Więc pytam panią czy on czasem nie jest za gruby. A ona, że w przypadku dzieci
karmionych mlekiem matki nie istnieje pojęcie nadwagi. I żebym sobie tym głowy
nie zawracała, bo nie jestem w stanie kontrolować przyrostu wagi karmiąc
naturalnie. Podczas naszej konwersacji Rynio Kalisz potwierdził, że wszystko
jest pod kontrolą, donośnie upuszczając zalegające w jelitach gazy.

Ogólnie jest fajnie. Gutek daje żyć, choć miewa czasem error w systemie. Dziś
na przykład miał od drugiej nad ranem. Jak można cierpieć
na zaparcie, defekując wyłącznie płynnym stolcem? Dla mnie to lekko sprzeczne.

Poza tym chciałabym kolejny raz podkreślić, że mam wspaniałą teściową, która
jako jedyna w rodzinie jest mi realnym wsparciem (ale paradoks, co?). Placówka
wczesnoedukacyjna ma teraz lipcową przerwę w działalności. W związku z tym mam
obu chłopców na chacie i bywa ciężko. Mama K. usłyszawszy, że jest jak jest,
wzięła urlop i zaprosiła Marcelona do siebie. Czy mogą być lepsze wakacje niż
te u babci na wsi? I czy można trafić na lepszą teściową? Słowo daję, lepiej, żeby mnie K. nigdy nie wychujał i żebym nigdy nie musiała
go pogonić, bo gdzie ja znajdę taką drugą Krystynę.


  • RSS