Momentami zerkam sobie na nich i puchnę z dumy.
(Ale to tylko momentami. Bo dużo jest również tych, kiedy grożę Oknem Życia. Do
jakiego wieku można podrzucić bez konsekwencji? Marcel już chyba się nie
załapie?)

Dziś na przykład mam zwyżkę.

Marceli sam sobie przygotował śniadanie i nie składało się ono z suchej bułki
znalezionej na blacie. Nie byłam w stanie mu go podać z młodszym podłączonym do
wymion. Czasem, jak widać, warto czegoś nie móc. Czuwał też kilka razy nad
bratem w aucie, gdy załatwiałam parę spraw, cierpliwie podając mu doustną
zatyczkę. Następnie pokonał największy strach – został sam z Gustawem w domu.
Co prawda na trzy mrugnięcia okiem (zostawiłam telefon w aucie), ale jednak.
Dotychczas było to niewykonalne – horda kreatur z gier, kreskówek i literatury wyłaziła
ze ścian, zupełnie jakby jakaś czujka mówiła im, że oto Marceli zostaje SAM i
można go trochę postraszyć. Bardzo złośliwe z ich strony, nieprawdaż.

Pomyślałam sobie raz i drugi, że Gustaw to najlepsza inwestycja w Marcela.
Jakkolwiek średnio to brzmi i jakkolwiek instrumentalnie został potraktowany
Gutek, będąc spłodzonym jako narzędzie doskonalenia wątłych morale starszego
brata, tak właśnie jest. Oczywiście to niejedyny powód zaistnienia Gustawa. Gutek
stał się, bo nocami kwiliła moja skurczona macica. Jest, bo czułam, że tamto pierwsze
doświadczenie nie może zdeterminować całego postrzegania macierzyństwa. Bo od
dawna żyłam w przekonaniu, że tak byłoby pełniej i lepiej.

Patrzę na Marcela i widzę kawał dobrej roboty (oraz piękne oczy z
wachlarzem rzęs).
Patrzę na Gucia i żal mi, że jego brat na analogicznym etapie
tej ekstremalnej przygody nie cieszył mnie tak bardzo. Marcela kochałam
szaleńczo od zawsze. Ale radości miałam niewiele.
Kto rozumie, niech pierwszy
nie rzuca kamieniem. Kto nie rozumie, ten ma fajnie.