A jednak nie.
Pochwaliłam dzień przed zachodem i natychmiast usłyszałam ironiczny rechot chuja.
Jednak jest lekki przeczołg z Marcelonem – wrzaski, trzaskanie drzwiami, rozpaczliwe zapewnienia,
że nie chcę już z wami mieszkać!, au! Ja nie jestem naiwna, wiedziałam, że to
kiedyś usłyszę, a nawet, że mnie nienawidzą i tylko czekają na mój zgon, czy
coś koło tego, ale tego typu wyznania słyszy się raczej w okolicy piętnastej
wiosenki, nie przed ukończeniem lat pięciu.
Scen jak z Zawadzkiej na szczęście nie ma, nikt nie pluje, nie bije i nie kopie,
bo ja jestem żelazna dama, która gromi spojrzeniem i sykiem spomiędzy
zaciśniętych szczęk oraz hojnie rozdaje dotkliwe sankcje, a potem trzyma się
swych obietnic, choćby miały również boleć ich autorkę. Marcel po prostu obraża
się co rusz, krzyczy kilka słów dramatycznego manifestu i oddala się do swego
pokoju, w którym przebywanie  – umówmy się
– nie jest żadną formą samobiczowania, gdyż jest po prostu zajebisty i pełen
wszystkiego, co fajne dla cztero-i-pół-letniego smarka. Ale smutno mi, że
chwilowo nie umiemy się dogadać. Bo ja oprócz tego, że jestem żelazna, jestem
też męciutka jak masełko i dotknąć mnie, gdy żywię uczucia, jest bardzo, bardzo
łatwo.
Ale nic to, życzę sobie tylko takich przeczołgów, doprawdy.

Brak przedszkola, ergo porannego wstawania, a także obecność nowego, nie do
końca uregulowanego członka rodziny, sprawiły, żeśmy zrobili sobie z K. pewną
krzywdę. Pozwoliliśmy, żeby bachorzęta zdominowały nasze życie do późnych
godzin wieczornych. Rezultatów takiej błędnej polityki chyba nie trzeba
naświetlać. Wkurw ogólny w pakiecie z wkurwem małżeńskim plus frustracja
zalegających pozycji kulturalnych w nagrywarce dekoderu cyfrowego. 
Uświadomiwszy sobie błąd zawróciliśmy z
wakacyjnego, poluzowanego rozkładu jazdy na  taki z elementami
rodzicielskiego faszyzmu. W związku z tym obejrzeliśmy kilka ciekawych rzeczy, obaliliśmy
flaszkę wina (w kilka wieczorów, spokojnie), a nawet przeczytałam książkę (!!!).
Książka to jednak może nazbyt szumne sformułowanie, bardziej komiks, ale rzecz
dziejowa, polecam ogromnie! Ponadto mam nagrane Buffalo 66 i nie zawaham się dziś go
użyć, gdy już małoletni znikną mi szczęśliwie z oczu. Będzie to wieczór z
Mamoniem, jak K. z delikatną pogardą nazywa moją skłonność do powtarzania się w
repertuarze. Ale co ja poradzę, że kocham ten film?

Jeśli zaś idzie o Gustawa, jestem niezmiennie na chmurce numer dziewięć, wpierdalam ambrozję, zapijam nektarem i gdybym rozpoczęła swoją karierę matki w tym punkcie, w życiu nie znalazłabym się w zaszczytnym gronie autorek Macierzyństwa bez lukru. Możliwe nawet, że jako nie skalana doświadczeniem pierworódka popierdywałabym jakieś nieznośne słodkości, a tak zaoszczędziłam sobie i Wam.