eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2012

fotostory

14 komentarzy

Pojechał Marceli na czwarty już wyjazd wakacyjny (się powodzi
dziecięciu), lecz wcześniej zbudynił matkę czułym pożegnaniem brata.



Z nadmiaru wolnego czasu postanowiłam ujednolicić szalony fryz Gustawa (wariackie pióra na górze, wytarte placki za uszami.)

K. wyjął sprzęt i pojechaliśmy po bandzie.
Oj no wiem, wiem, nie przydało to dziecku urody, ale przynamniej okazało się, że Gutek
jest jednak blondynem, jak reszta klanu.
(Oczywiście, że zapuszczam!)

Ponadto K. rozpoczyna dziś nowy rozdział w swoim życiu
zawodowym i mam trochę rajzefiber, związany z nową organizacją życia
rodzinnego.
Nie lubię zmian, bo bardzo lubię, jak jest teraz.

(Gdyby po świecie stąpały same takie wygodnickie kluchy, jak ja, żaden postęp by się nie dokonał.)

Chciałam dziś o tym, jak kolejny raz dobro zostało złem
zwyciężone, albo, że nadstawiłam policzek i oberwałam w splot słoneczny.

Trzeba
Wam bowiem wiedzieć, że ja i pająk to jedna z najmniej szczęśliwie dobranych
par. Borat powiedziałby, że superdobranych NOOOT. Staram się nie wchodzić im w paradę i jestem wdzięczna gdy i one unikają mojego
towarzystwa. Niestety zamieszkuję tereny obfite w te odstręczające, małe
chujki. W dodatku takie z nadwagą. W związku z tym, latem, gdy zapotrzebowanie
na wentylowanie chaty jest spore, chujki włażą każdą szparą w uchylonym oknie i
robi się nerwowo. To znaczy ze mną ZAWSZE jest nerwowo, ale z pająkiem w
bonusie, to już istna psychoza.

I tak jeden taki poczuł się jak u siebie akurat gdy K. przez jakiś czas się
woził po kraju i świecie. Zawisł nad kuchenną szafką i ważył z piętnaście kilo,
czyli nawet więcej niż mój wypasiony syn Gustaw. (Swoją drogą, cudownie jest wciąż
mieć przed sobą decyzje dotyczące aranżacji przestrzeni DOCELOWEJ – zapamiętaj,
moja droga, nigdy pustej przestrzeni nad górną szafką kuchenną, bo tam tylko tłusty
kurz i PAJĄKI.)

No więc, ponieważ naonczas osamotniona byłam w trosce o ognisko domowe, wiedziałam,
że samodzielnie chujka nie usunę, bo na wypadek,  gdyby mi zachował się jakoś nieprzewidywalnie,
na przykład wlazł szybko na rurę od odkurzacza, miast poddać się zassaniu, wypadałoby
żeby w okolicy był ktoś kto umie przeprowadzić akcję reanimacyjną, a tymczasem
byłam w gronie przesympatycznych, lecz umówmy się – mało użytecznych, niedużych
chłopaczków. W związku z tym postanowiłam nie spuszczać z chujka oka,
przekazując mu jednocześnie podprogowe: uważaj, widzę cię, nie próbuj żadnych
sztuczek, bo odkurzacz mam markowy, o niebylejakim zasysie, wnet się policzymy
.

Potem wrócił K., więc obrosłam w poczucie bezpieczeństwa, że jak coś to tylko
wrzasnę, K. przyleci i zrobi z chujkiem porządek. Jak coś. Bo tak ogólnie, to
niech sobie wisi, gdzie wisiał, daleko ode mnie, mojej głowy, mojej twarzy,
moich receptorów czuciowych. Ja oczywiście patrzę. Widzę. Nie tracę kontaktu
wzrokowego i wcale nie zaprzestaję wysyłać podprogowego komunikatu.

No i wszystko fajnie, bardzośmy się nawet może nie polubili, może nie zaakceptowali,
ale pogodzili ze swoim towarzystwem, niełatwym, a wręcz bardzo trudnym. W końcu
stworzenie boże, a niech se wisi, co mi tam.

Aż tu dziś K. wybył na kilka godzin.
Był codziennie. Każdego wieczoru. Dziś jednak postanowił wyjść.
I co?
Chujek oczywiście wyczuł moją bezradność i ZLAZŁ.
Zlazł i przycupnął na świeżo upieczonej muffince. Bananowej z płynną czekoladą w
środeczku.

Żyję, ale było blisko.

Gustawa
postanowiliśmy ochrzcić, by dopełnić pakietu.
Bo cenię w życiu konsekwencję.
Bo lubię jak jest symetrycznie.
Jedno dziecko ochrzczone, niech i drugie będzie.
Choć stan umysłu przez te cztery i pół roku uległ znacznej ewolucji. Wtedy
jeszcze jakieś tam przekonania, dziś zamiast przekonań – negacja. Ale są w
końcu w rodzinie tacy, którym zależy, a mi tak znowu bardzo nie zależy na
tym by nie, więc niechże się stanie.

I stało się.

Lecz nim się stało, coraz szerzej otwierały się moje oczy.

Zaczęło się od tego, że źle dobrałam słowa. Przyszedłszy do kancelarii powiedziałam
coś jakby:

przyszłam załatwić sprawę
chrztu mojego syna
, a powinnam była: przyszłam
załatwić sprawę sakramentu chrztu świętego mojego syna
. Niby dwa słowa,
lecz różnica olbrzymia. Może też nie uśmiechnęłam się z należytym onieśmieleniem.
Nie dygnęłam przepraszająco. Wparowałam jak to ja – zawsze zdyszana, zawsze w
biegu. Nie tak, jak powinnam. Mało uniżenie. Mało czołobitnie.
Żachnęłam się wewnętrznie, bo pouczana to może mogłam być jakieś dwadzieścia
lat temu, choć i wtedy umiałam wysławiać się poprawniej niż przeciętny rodak. No,
ale myślę sobie, bo jestem jednostką empatyczną – co jeśli poranny akt walenia
gruchy nie był w pełni satysfakcjonujący, nie przyniósł oczekiwanego ukojenia?
Przecież i tak może się zdarzyć.
Wyszłam naprzeciw bliźniemu memu, nie komentując zajścia.

Potem okazało się, że mam za mało papierków. Nie mam na przykład podkładki, że
ślubowałam staremu przed obliczem Pana. Jakby ów fakt miał jakiekolwiek
znaczenie. Zdziwiłam się mocno, bo wyszło, że jako nieślubne dziecko Marceli
miał o wiele mniej schodów do pokonania, by zasilić grono chrześcijan. Ale oj tam.
Doniosłam i świadectwo.

Wtedy otrzymałam karteczki do spowiedzi. Takie, żeby spowiednik podpisał. Że
się było. Czas zatoczył koło, poczułam się jakbym miała znów osiem lat. Tylko
rekwizyty się nie zgadzały – jeden rekwizyt siedział na fotelu i drapał
pogryzioną przez komary łydkę, drugi z czeluściach wózka fikał tłustymi
stopkami. Może jeszcze kto sprawdzi czy zjadłam całe śniadanie zapakowane do
tornistra i czy spuściłam po sobie wodę w kiblu?


 
Potem, w dniu sądnym wysłuchałam żenującego expose. Było między innymi o tym,
że to nie kościół powinien otwierać się na świat, tylko świat na kościół. I że
kościół nie ma być otwarty, tylko wojujący. Zapatrzyłam się w mojego rówieśnika
pierdolącego w natchnieniu z ambony i poczułam, że oto ostatni raz tu jestem.

Nie, nic się takiego nie stało.

Nikt mnie nie spoliczkował.
Brzydko nie nazwał.
Nie kazał wypierdalać.
Ale pierwszy raz dotarło do mnie, że rozmijam się z nimi w każdym punkcie. Że
oni chcą czołobitności, a ja mam na twarzy tony pobłażania. Że oni chcą bym
tańczyła, jak mi zagrają, a ja jestem za stara i za mądra na takie gierki. Mam
dwoje dzieci i na barkach wielką odpowiedzialność wychowania ich na porządnych
ludzi. Co miesiąc mam rachunki do zapłacenia, co kilka dni lodówkę do
wypełnienia. Konto, na którym musi pojawić się wypracowany wcześniej przelew. Małżeństwo
do dbania o, choć czasem to niewdzięczna robota. Obiady do ugotowania, gacie do
wyprania, miniżołądek do wypełnienia o pierwszej, czwartej i siódmej, również
wtedy gdy jestem chora, czuję się podle i bardzo chciałabym nieprzerwanie spać.

Dlaczego mam słuchać w skupieniu i być czołobitna wobec kogoś, kto nie dorasta
mi do pięt? Kto wybrał zapłacone rachunki, nakryty przez gosposię stół i nieszczególnie
obarczone odpowiedzialnością życie? Dlaczego mam się przed nim legitymować
karteczką z podpisem spowiednika w kwestii, która powinna być sprawą tylko i
wyłącznie mojego sumienia?

Obiad był przyzwoity, Ogród Botaniczny skąpany w sierpniowym słońcu, goście
uśmiechnięci. Korzystając z doskonałych humorów oznajmiłam, że był to ostatni
chrzest w moim życiu, choć nie jestem do końca pewna czy ostatnie dziecko.
Zabrzmiało jak żarcik, ale żarcikiem nie było.


Walić konsekwencję i symetrię.
Tylko krowa całe życie wpierdala łąkę. 

pani fryzjerka rzeźbiąc mi z tyłu głowy ze smutną zadumą:
-… no i niestety ten drugi bliźniak urodził się martwy. Ale ponieważ teść
bardzo czekał na wnuki, a niestety zmarło mu się niedługo przed rozwiązaniem, w
rodzinie mówiło się, że dziadek zabrał ze sobą Marcinka, żeby cieszyć się nim w
niebie…

sąsiadka zza ściany z dramatyzmem w głosie:

- Wychowawczyni Piotrusia powiedziała, że ostatnio rysuje na marginesach
zeszytów diabły. Ciarki mi przeszły, co się z nim dzieje? Od razu zaprowadziłam
go do psychologa.

pani z warzywniaka ważąc mi ogórki na małosolne:

- … a więc już ochrzczony*, no i pięknie! Zauważyła pani jaki od razu
spokojniejszy? Dziecko dopóki nie ochrzczone to zawsze jakieś takie płaczliwe…

aaaaaaaaa!


___________
* o tym już za momencik!

Sieńczyka dzieła zebrane pochłonięte. Gdyby wszystka
literatura była tak nieabsorbująca, żeby dało się ją czytać z doskoku – pchając
wózek, podłączając cielaczka do wymion, mieszając strawę w garu, byłabym tak znamienitym
literaturoznawcą, że zaraz by mnie Chaciński zaprosił do recenzowania w
Tygodniku Kulturalnym. A tak mogę
recenzować najwyżej nawilżane chusteczki. Osobiście uważam, że Hagisy Pjur mają
wszystkie inne pod sobą. Znakomicie zbierają każdego rodzaju stolec, są
nieperfumowane i delikatne dla wrażliwej skóry okolic odbytu.

K. wrócił z Offa i podzielił się konstatacją, że podryw na Marcela usadowionego na barkach z neonowymi dźwiękoszczelnymi słuchawkami na łbie, nie dopuszcza opcji niepowodzenia. Oczywiście HIPOTETYCZNIE, tak? Przecież wiadomo, że piszczące „ojeeeeeeej, jaki słooooodziak!” rockowe sunie nie robiły na moim mężu najmniejszego wrażenia, tak?
(W ramach rewanżu ja zakochałam się w naszym cudnym kulomiocie.)

Poza tym chciałabym się podzielić wesołą nowiną docenienia siebie jako matki po
latach błędów i wypaczeń. Powiedzcie mi, czemu to jest takie pojebane, że
Marcelon, chuchany i dmuchany, zapisany do stu czterdziestu poradni, powodował
zawsze jakieś kompletnie absurdalne poczucie winy, a Gustaw, kąpany od
przypadku do przypadku, przewijany, jak mi się przypomni, i tak dalej, daje mi
poczucie, O PARADOKSIE!, że wreszcie doskonale spełniam swoją trudną rolę. Nie, wiecie co? Przy Gustawie rola matki
wcale nie jest trudna.

Ostatnio nawet, i tutaj co wrażliwsze istoty proszę o zakrycie oczek i zatkanie
uszek, zdarzyło mi się regularnie napruć! I co? I nico. Podałam dwie kolejki
Humany, która stoi se na półeczce w razie emerdżensi. Gustaw nie grymasił, bo
to jest złote dziecko, moje cycki dały jakoś radę i nie eksplodowały, a ja
spędziłam kilka fajnych godzin w doborowym towarzystwie we własnej kuchni. Nad
ranem, gdy byłam pewna, że sytuacja jest opanowana, dostało dziecko pokarm
podawany tradycyjnie i wszystko zakończyło się pomyślnie.
Gdzie ja bym się
dopuściła aktu tak skrajnego egoizmu będąc świeżo upieczoną mamunią Marcelonka? Newa! Druga wspaniała rzecz, jaką wypracowałam sobie z Guciem jest dieta, a raczej
jej brak. Owoce morza? A prosz bardzo ale koniecznie z czosneczkiem! Truskawki,
czekolada, miodzik? Hurtem! Pomidory? Tak, lecz tylko z cebulą! Nie powiem,
żeby nie zdarzyła się wysypka. Coś tam było. Ale
olałam dziwkę i jakoś zniknęła. Brzusznych zaś incydentów, odpukać, brak. Ze
dwa razy nie mógł urodzić kupy. Ale poczekałam i urodził.
Pamiętam też, że przy Marcelu wykańczała mnie nocna obróbka. Na przykład
odbekiwanie po karmieniu, a potem przewijanie kolejny raz, jak zabulgotało w
gaciach po odłożeniu do łóżeczka.
Myślicie, że odbekuje Gustawa? Że wstaję z
rezygnacją, gdy już po zgaszeniu światła uszy me odnotują dźwięki spóźnionej
defekacji? Dobre sobie.

Nie wiem, może jestem potworem, ale potworem z wysokim współczynnikiem samozadowolenia (wiem, tak mają potwory). Gutek jest za to najpogodniejszym dzieciakiem ever, nieustannie cieszy michę. Z kolei ja mam
poczucie, że byłabym ostatnią frajerką, odpuściwszy sobie temat ponownego
zagnieżdżenia.

Żeby
nie tworzyć wrażenia, że jestem na nieustającym endorfinowym haju muszę, gwoli uczciwości
kronikarskiej wyznać, że to nie tak. Znaczy się – nie zawsze. Dziś na przykład jestem rozżalona po chuju fest. Na co?
Ach, na
wiele spraw.

Na to, że K. pojechał na dwa dni pomóc ojcu w remoncie kuchni.
(Nieważne, że to jego psi obowiązek, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo
teściowie angażują się w dziadkowanie i ile im zawdzięczamy).
Na to, że zaraz potem K. pojechał na OFFa, a ja nie.
(Nieważne, że zabrał Marcela, w ramach inicjacji koncertowej małoletniego
melomana, i że mam na głowie tylko bezproblemowego, wiecznie zadowolonego z
życia Gustawa).
Na to, że nie zrobiłam im kanapek, tak szybko wybyli. Mam tyle dobrych rzeczy w
lodówce, a oni będą żreć makdonaldy.
(Nieważne, że oni są szczęśliwi żrąc syf).
Na to, że cicho w chałupie.
(Jak jest głośno strzela mnie chuj).
Że nie ma K.
(Jak jest – patrz wyżej).
Że nie ma Marcelonka mojego złotowłosego.
(Podobnie).
Że potem jadą do Wiednia na wystawę rzeźb Szwagra, a ja nie.
(I tak bym kręciła nosem, że mi się nie chce).
Wstawiłam ogórki małosolne i nie ma kto tego jeść, jak wrócą, będą kiszone.
(Zrobię zupę ogórkową, przecież kocham).
Nie mam auta, zabrali.
(Well…)
Moja przyjaciółka mieszka o trzydzieści km za daleko.
Moja kotka jest jebnięta w dekiel.
Moja przysadka wali w chuja.


  • RSS