Żeby
nie tworzyć wrażenia, że jestem na nieustającym endorfinowym haju muszę, gwoli uczciwości
kronikarskiej wyznać, że to nie tak. Znaczy się – nie zawsze. Dziś na przykład jestem rozżalona po chuju fest. Na co?
Ach, na
wiele spraw.

Na to, że K. pojechał na dwa dni pomóc ojcu w remoncie kuchni.
(Nieważne, że to jego psi obowiązek, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo
teściowie angażują się w dziadkowanie i ile im zawdzięczamy).
Na to, że zaraz potem K. pojechał na OFFa, a ja nie.
(Nieważne, że zabrał Marcela, w ramach inicjacji koncertowej małoletniego
melomana, i że mam na głowie tylko bezproblemowego, wiecznie zadowolonego z
życia Gustawa).
Na to, że nie zrobiłam im kanapek, tak szybko wybyli. Mam tyle dobrych rzeczy w
lodówce, a oni będą żreć makdonaldy.
(Nieważne, że oni są szczęśliwi żrąc syf).
Na to, że cicho w chałupie.
(Jak jest głośno strzela mnie chuj).
Że nie ma K.
(Jak jest – patrz wyżej).
Że nie ma Marcelonka mojego złotowłosego.
(Podobnie).
Że potem jadą do Wiednia na wystawę rzeźb Szwagra, a ja nie.
(I tak bym kręciła nosem, że mi się nie chce).
Wstawiłam ogórki małosolne i nie ma kto tego jeść, jak wrócą, będą kiszone.
(Zrobię zupę ogórkową, przecież kocham).
Nie mam auta, zabrali.
(Well…)
Moja przyjaciółka mieszka o trzydzieści km za daleko.
Moja kotka jest jebnięta w dekiel.
Moja przysadka wali w chuja.