Sieńczyka dzieła zebrane pochłonięte. Gdyby wszystka
literatura była tak nieabsorbująca, żeby dało się ją czytać z doskoku – pchając
wózek, podłączając cielaczka do wymion, mieszając strawę w garu, byłabym tak znamienitym
literaturoznawcą, że zaraz by mnie Chaciński zaprosił do recenzowania w
Tygodniku Kulturalnym. A tak mogę
recenzować najwyżej nawilżane chusteczki. Osobiście uważam, że Hagisy Pjur mają
wszystkie inne pod sobą. Znakomicie zbierają każdego rodzaju stolec, są
nieperfumowane i delikatne dla wrażliwej skóry okolic odbytu.

K. wrócił z Offa i podzielił się konstatacją, że podryw na Marcela usadowionego na barkach z neonowymi dźwiękoszczelnymi słuchawkami na łbie, nie dopuszcza opcji niepowodzenia. Oczywiście HIPOTETYCZNIE, tak? Przecież wiadomo, że piszczące „ojeeeeeeej, jaki słooooodziak!” rockowe sunie nie robiły na moim mężu najmniejszego wrażenia, tak?
(W ramach rewanżu ja zakochałam się w naszym cudnym kulomiocie.)

Poza tym chciałabym się podzielić wesołą nowiną docenienia siebie jako matki po
latach błędów i wypaczeń. Powiedzcie mi, czemu to jest takie pojebane, że
Marcelon, chuchany i dmuchany, zapisany do stu czterdziestu poradni, powodował
zawsze jakieś kompletnie absurdalne poczucie winy, a Gustaw, kąpany od
przypadku do przypadku, przewijany, jak mi się przypomni, i tak dalej, daje mi
poczucie, O PARADOKSIE!, że wreszcie doskonale spełniam swoją trudną rolę. Nie, wiecie co? Przy Gustawie rola matki
wcale nie jest trudna.

Ostatnio nawet, i tutaj co wrażliwsze istoty proszę o zakrycie oczek i zatkanie
uszek, zdarzyło mi się regularnie napruć! I co? I nico. Podałam dwie kolejki
Humany, która stoi se na półeczce w razie emerdżensi. Gustaw nie grymasił, bo
to jest złote dziecko, moje cycki dały jakoś radę i nie eksplodowały, a ja
spędziłam kilka fajnych godzin w doborowym towarzystwie we własnej kuchni. Nad
ranem, gdy byłam pewna, że sytuacja jest opanowana, dostało dziecko pokarm
podawany tradycyjnie i wszystko zakończyło się pomyślnie.
Gdzie ja bym się
dopuściła aktu tak skrajnego egoizmu będąc świeżo upieczoną mamunią Marcelonka? Newa! Druga wspaniała rzecz, jaką wypracowałam sobie z Guciem jest dieta, a raczej
jej brak. Owoce morza? A prosz bardzo ale koniecznie z czosneczkiem! Truskawki,
czekolada, miodzik? Hurtem! Pomidory? Tak, lecz tylko z cebulą! Nie powiem,
żeby nie zdarzyła się wysypka. Coś tam było. Ale
olałam dziwkę i jakoś zniknęła. Brzusznych zaś incydentów, odpukać, brak. Ze
dwa razy nie mógł urodzić kupy. Ale poczekałam i urodził.
Pamiętam też, że przy Marcelu wykańczała mnie nocna obróbka. Na przykład
odbekiwanie po karmieniu, a potem przewijanie kolejny raz, jak zabulgotało w
gaciach po odłożeniu do łóżeczka.
Myślicie, że odbekuje Gustawa? Że wstaję z
rezygnacją, gdy już po zgaszeniu światła uszy me odnotują dźwięki spóźnionej
defekacji? Dobre sobie.

Nie wiem, może jestem potworem, ale potworem z wysokim współczynnikiem samozadowolenia (wiem, tak mają potwory). Gutek jest za to najpogodniejszym dzieciakiem ever, nieustannie cieszy michę. Z kolei ja mam
poczucie, że byłabym ostatnią frajerką, odpuściwszy sobie temat ponownego
zagnieżdżenia.