Gustawa
postanowiliśmy ochrzcić, by dopełnić pakietu.
Bo cenię w życiu konsekwencję.
Bo lubię jak jest symetrycznie.
Jedno dziecko ochrzczone, niech i drugie będzie.
Choć stan umysłu przez te cztery i pół roku uległ znacznej ewolucji. Wtedy
jeszcze jakieś tam przekonania, dziś zamiast przekonań – negacja. Ale są w
końcu w rodzinie tacy, którym zależy, a mi tak znowu bardzo nie zależy na
tym by nie, więc niechże się stanie.

I stało się.

Lecz nim się stało, coraz szerzej otwierały się moje oczy.

Zaczęło się od tego, że źle dobrałam słowa. Przyszedłszy do kancelarii powiedziałam
coś jakby:

przyszłam załatwić sprawę
chrztu mojego syna
, a powinnam była: przyszłam
załatwić sprawę sakramentu chrztu świętego mojego syna
. Niby dwa słowa,
lecz różnica olbrzymia. Może też nie uśmiechnęłam się z należytym onieśmieleniem.
Nie dygnęłam przepraszająco. Wparowałam jak to ja – zawsze zdyszana, zawsze w
biegu. Nie tak, jak powinnam. Mało uniżenie. Mało czołobitnie.
Żachnęłam się wewnętrznie, bo pouczana to może mogłam być jakieś dwadzieścia
lat temu, choć i wtedy umiałam wysławiać się poprawniej niż przeciętny rodak. No,
ale myślę sobie, bo jestem jednostką empatyczną – co jeśli poranny akt walenia
gruchy nie był w pełni satysfakcjonujący, nie przyniósł oczekiwanego ukojenia?
Przecież i tak może się zdarzyć.
Wyszłam naprzeciw bliźniemu memu, nie komentując zajścia.

Potem okazało się, że mam za mało papierków. Nie mam na przykład podkładki, że
ślubowałam staremu przed obliczem Pana. Jakby ów fakt miał jakiekolwiek
znaczenie. Zdziwiłam się mocno, bo wyszło, że jako nieślubne dziecko Marceli
miał o wiele mniej schodów do pokonania, by zasilić grono chrześcijan. Ale oj tam.
Doniosłam i świadectwo.

Wtedy otrzymałam karteczki do spowiedzi. Takie, żeby spowiednik podpisał. Że
się było. Czas zatoczył koło, poczułam się jakbym miała znów osiem lat. Tylko
rekwizyty się nie zgadzały – jeden rekwizyt siedział na fotelu i drapał
pogryzioną przez komary łydkę, drugi z czeluściach wózka fikał tłustymi
stopkami. Może jeszcze kto sprawdzi czy zjadłam całe śniadanie zapakowane do
tornistra i czy spuściłam po sobie wodę w kiblu?


 
Potem, w dniu sądnym wysłuchałam żenującego expose. Było między innymi o tym,
że to nie kościół powinien otwierać się na świat, tylko świat na kościół. I że
kościół nie ma być otwarty, tylko wojujący. Zapatrzyłam się w mojego rówieśnika
pierdolącego w natchnieniu z ambony i poczułam, że oto ostatni raz tu jestem.

Nie, nic się takiego nie stało.

Nikt mnie nie spoliczkował.
Brzydko nie nazwał.
Nie kazał wypierdalać.
Ale pierwszy raz dotarło do mnie, że rozmijam się z nimi w każdym punkcie. Że
oni chcą czołobitności, a ja mam na twarzy tony pobłażania. Że oni chcą bym
tańczyła, jak mi zagrają, a ja jestem za stara i za mądra na takie gierki. Mam
dwoje dzieci i na barkach wielką odpowiedzialność wychowania ich na porządnych
ludzi. Co miesiąc mam rachunki do zapłacenia, co kilka dni lodówkę do
wypełnienia. Konto, na którym musi pojawić się wypracowany wcześniej przelew. Małżeństwo
do dbania o, choć czasem to niewdzięczna robota. Obiady do ugotowania, gacie do
wyprania, miniżołądek do wypełnienia o pierwszej, czwartej i siódmej, również
wtedy gdy jestem chora, czuję się podle i bardzo chciałabym nieprzerwanie spać.

Dlaczego mam słuchać w skupieniu i być czołobitna wobec kogoś, kto nie dorasta
mi do pięt? Kto wybrał zapłacone rachunki, nakryty przez gosposię stół i nieszczególnie
obarczone odpowiedzialnością życie? Dlaczego mam się przed nim legitymować
karteczką z podpisem spowiednika w kwestii, która powinna być sprawą tylko i
wyłącznie mojego sumienia?

Obiad był przyzwoity, Ogród Botaniczny skąpany w sierpniowym słońcu, goście
uśmiechnięci. Korzystając z doskonałych humorów oznajmiłam, że był to ostatni
chrzest w moim życiu, choć nie jestem do końca pewna czy ostatnie dziecko.
Zabrzmiało jak żarcik, ale żarcikiem nie było.


Walić konsekwencję i symetrię.
Tylko krowa całe życie wpierdala łąkę.