Chciałam dziś o tym, jak kolejny raz dobro zostało złem
zwyciężone, albo, że nadstawiłam policzek i oberwałam w splot słoneczny.

Trzeba
Wam bowiem wiedzieć, że ja i pająk to jedna z najmniej szczęśliwie dobranych
par. Borat powiedziałby, że superdobranych NOOOT. Staram się nie wchodzić im w paradę i jestem wdzięczna gdy i one unikają mojego
towarzystwa. Niestety zamieszkuję tereny obfite w te odstręczające, małe
chujki. W dodatku takie z nadwagą. W związku z tym, latem, gdy zapotrzebowanie
na wentylowanie chaty jest spore, chujki włażą każdą szparą w uchylonym oknie i
robi się nerwowo. To znaczy ze mną ZAWSZE jest nerwowo, ale z pająkiem w
bonusie, to już istna psychoza.

I tak jeden taki poczuł się jak u siebie akurat gdy K. przez jakiś czas się
woził po kraju i świecie. Zawisł nad kuchenną szafką i ważył z piętnaście kilo,
czyli nawet więcej niż mój wypasiony syn Gustaw. (Swoją drogą, cudownie jest wciąż
mieć przed sobą decyzje dotyczące aranżacji przestrzeni DOCELOWEJ – zapamiętaj,
moja droga, nigdy pustej przestrzeni nad górną szafką kuchenną, bo tam tylko tłusty
kurz i PAJĄKI.)

No więc, ponieważ naonczas osamotniona byłam w trosce o ognisko domowe, wiedziałam,
że samodzielnie chujka nie usunę, bo na wypadek,  gdyby mi zachował się jakoś nieprzewidywalnie,
na przykład wlazł szybko na rurę od odkurzacza, miast poddać się zassaniu, wypadałoby
żeby w okolicy był ktoś kto umie przeprowadzić akcję reanimacyjną, a tymczasem
byłam w gronie przesympatycznych, lecz umówmy się – mało użytecznych, niedużych
chłopaczków. W związku z tym postanowiłam nie spuszczać z chujka oka,
przekazując mu jednocześnie podprogowe: uważaj, widzę cię, nie próbuj żadnych
sztuczek, bo odkurzacz mam markowy, o niebylejakim zasysie, wnet się policzymy
.

Potem wrócił K., więc obrosłam w poczucie bezpieczeństwa, że jak coś to tylko
wrzasnę, K. przyleci i zrobi z chujkiem porządek. Jak coś. Bo tak ogólnie, to
niech sobie wisi, gdzie wisiał, daleko ode mnie, mojej głowy, mojej twarzy,
moich receptorów czuciowych. Ja oczywiście patrzę. Widzę. Nie tracę kontaktu
wzrokowego i wcale nie zaprzestaję wysyłać podprogowego komunikatu.

No i wszystko fajnie, bardzośmy się nawet może nie polubili, może nie zaakceptowali,
ale pogodzili ze swoim towarzystwem, niełatwym, a wręcz bardzo trudnym. W końcu
stworzenie boże, a niech se wisi, co mi tam.

Aż tu dziś K. wybył na kilka godzin.
Był codziennie. Każdego wieczoru. Dziś jednak postanowił wyjść.
I co?
Chujek oczywiście wyczuł moją bezradność i ZLAZŁ.
Zlazł i przycupnął na świeżo upieczonej muffince. Bananowej z płynną czekoladą w
środeczku.

Żyję, ale było blisko.